DWUGŁOS: Globalizacja z ludzką twarzą

Joseph Stiglitz, Globalizacja, Warszawa 2004, PWN

Andrzej Zybała

NIEWĄTPLIWIE OPŁACIŁ SIĘ UPÓR JOSEPHA STIGLITZA, amerykańskiego ekonomisty i Noblisty z 2001 roku, w piętnowaniu globalnych mitów i tropieniu globalnych zagrożeń. W dużej mierze dzięki niemu w ciągu ostatnich 3-4 lat nastąpiło znaczne przewartościowanie w rozumieniu tego, czym jest ekonomiczna globalizacja. Jego racje stają się powoli publiczną mądrością i wiedzą.

Przeszedł jednak sporo. Pracował w pierwszej administracji Clintona jako członek gabinetu (członek, a następnie szef Rady Doradców Ekonomicznych Prezydenta), w której dominowali zapaleni globalizatorzy w stylu Roberta Rubina i Larry Summersa. W otoczeniu prezydenta, to oni mieli znacznie więcej do powiedzenia niż on. Clinton przyjął ich racje uprzywilejowując i tak już silny sektor amerykańskich finansów, rodzime korporacje kosztem przedsięwzięć związanych z infrastrukturą, edukacją, do czego zachęcał Stiglitz i tacy członkowie administracji, jak Robert Reich (podobnie, jak Stiglitz odszedł po pierwszej kadencji). Po pierwszych 4 latach pracy u Clintona nie pozostało mu nic innego, jak szukać sobie innego zajęcia. Zaproponowano mu jednak nie mało, bo stanowisko wiceszefa Banku wiatowego, a więc placówki, która stanowiła swoisty napęd czy nawet turbo-napęd globalizacji w latach 90-tych. Nie napracował się tam długo, ponieważ odszedł, a w zasadzie został zmuszony do odejścia w 1999 roku. Podobno wymiótł go stamtąd niezwykle wpływowy Larry Summers, sekretarz skarbu w końcówce kadencji Clintona. Stiglitz ma jednak powody do satysfakcji, ponieważ to Summers przyznawał nie tak dawno, że wiodące idee sformułowane na samym początku lat 90-tych, które określały ramy globalizacji, nie były najszczęśliwsze. Położono zbyt mały nacisk na jakość i dojrzałość instytucji ekonomicznych, a zbyt dużo na pospieszną liberalizację, szczególnie finansową, a także na makroekonomiczne rozwiązania kosztem koncentracji na trwałych fundamentach rozwoju gospodarczego.

Stiglitz stał się prawdziwym „enfant terrible” w środowiskach wiodących ekonomistów lat 90-tych kiedy napisał, że takie placówki, jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy zasilają drugorzędni studenci z pierwszorzędnych uniwersytetów. Cieszyli się za to antyglobaliści, którzy z zapamiętaniem zaczęli powoływać się na wypowiedzi Stiglitza. Głównym przedmiotem ataku czy krytyki Stiglitza został właśnie Fundusz, ponieważ to tam powstawały programy ekonomiczne wdrażane w wielu krajach świata pod jego presją. Opierały się one na tak zwanym konsensusie waszyngtońskim, który oznaczał pewną akceptowaną wiedzę ekonomiczną w kręgach waszyngtońskich ośrodków ekonomicznych dotyczącą tego, jak integrować lokalne gospodarki z ekonomią światową. Miało się to dokonywać – i tak to się odbywało – metodami szybkiej liberalizacji handlowej i finansowej, czemu towarzyszyły dostosowania makroekonomiczne (redukcja deficytu budżetowego, inflacji, ograniczenie wydatków). Rzecz w tym. że wiele krajów nie było przygotowanych na taką kurację, a zwłaszcza jej tempo. Otóż wiele, szczególnie tych słabszych gospodarek krajów rozwijających się, liberalizowało swoje systemy finansowe w sytuacji niedojrzałości swoich banków, regulacji związanych z bezpieczeństwem przepływów finansowych. Przede wszystkim nie byli w stanie poradzić sobie z nadmiernych napływem krótkoterminowych pożyczek, które zmieniały proporcje makroekonomiczne. Nie miały bowiem wystarczająco dużych rezerw w walutach światowych, aby w razie potrzeby móc stabilizować kursy walutowe.

Na przykład w Azji Wschodniej po liberalizacji finansowej tamtejsi przedsiębiorcy zaczęli na wielką skalę zaciągać krótkoterminowe kredyty w walutach obcych, bo było to tańsze od pożyczek we własnym pieniądzu. Nie wzięto jednak pod uwagę pewnych względów bezpieczeństwa. Nadmierna łatwość dostępu do finansowania zagranicznego, rodzi pokusę złego czy niedbałego alokowania kredytów. Ponadto nie uwzględniono odporności na wahania walutowe. Gdy przyszły pierwsze ataki spekulacyjne na azjatyckie waluty, banki natychmiast zatrzymały dalsze finansowanie, oraz domagały szybkiego się zwrotu już pożyczonych pieniędzy. Gospodarki nie mogły tego wytrzymać. zaczęły upadać firmy, pojawiła się pętla zadłużenia. Skutkiem tego stał się bardzo głęboki kryzys i załamanie. Ofiarami padało miliony niezorientowanych ludzi. Tracili oszczędności, miejsca pracy, ponieważ załamywały się kursy walutowe, upadały firmy odcięte od pożyczek, następowała panika i run na kasy bankowe. Kryzys azjatycki z 1997 roku powiększył obszar biedy w tym regionie aż o 22 miliony osób. W Indonezji liczba biednych wzrosła z 7–8 procent mieszkańców tego kraju w drugiej połowie 1997 roku do 18–20 pro cent we wrześniu 1998 roku. Trzeba było wielu lat, aby ustabilizować sytuację. Kryzys azjatycki pokazał, że światowy sektor finansowy ze względu choćby na masę posiadanych pieniędzy, stanowi taką siłę, że nie są w stanie stawić mu czoła krajowe systemy bankowe i walutowe. W sytuacji paniki, ponadgraniczne przepływy finansowe są w stanie zmiażdżyć najtrwalsze kursy walutowe, co oznacza zdestabilizowanie lokalnych gospodarek. Gdy w Azji Wschodniej załamały się kursy, banki natychmiast wypowiedziały umowy kredytowe chcą chronić swoje pieniądze. Nie były w stanie racjonalnie działać, oferując choćby przedłużenie terminów spłat, a wiedziały, że wschodnioazjatyckie gospodarki miały zdrowe fundamenty ekonomiczne. Postawę zachodnich banków ostro krytykował również Jeffrey Sachs. Ich działania wzmogły run na kasy. Sachs, cytuje najczęstsze komentarze bankierów: „Nie wiemy, nie obchodzi nas ten kraj długoterminowo. Po prostu chcemy nasze pieniądze z powrotem od razu”.

Recepty ekonomiczne

MFW nie umiał zapewnić stabilizacji makroekonomicznej na świecie, do czego został powołany w 1944 kiedy zwycięzcy alianci projektowali nowy światowy ład gospodarczy. Stiglitz nie pozostawia wątpliwości pisząc: „MFW popełnił błędy na wszystkich polach, na których działał: na polu stymulowania rozwoju, na polu zarządzania kryzysami oraz w krajach dokonujących transformacji systemowej. Programy dostosowań strukturalnych nie przyniosły trwałego wzrostu nawet tam, gdzie gdzie, jak w Boliwii, stosowano się do narzuconych ograniczeń. W wielu krajach ich nadmierna surowość dławiła wzrost.”

Mało tego, tam, gdzie wybuchały kryzysy finansowe, nie umieli zminimalizować strat, nawet je potęgowali swoimi radami. W Azji Wschodniej gdy nastąpiło załamanie kursów walutowych i wybuchła ogólna panika, Fundusz w zamian za obietnicę pomocy finansowej, wymusił drastyczne podniesienie stóp procentowych, znaczną redukcję wydatków budżetowych. Były to rady niedostosowane do sytuacji np. w Korei Płd czy Tajlandii, gdzie gospodarki miała poprawne współczynniki makroekonomiczne. Spełnienie wymagań MFW zdusiło popyt, co pogłębiło kryzys. Z kolei w Indonezji fundusz domagał się zamknięcia kilkunastu banku, wycofania subsydiów, co doprowadziło do paniki i zaburzeń politycznych. Zdaniem wielu ekonomistów, rolą Funduszu powinno być uspokojenie sytuacji poprzez wskazanie na zdrowe fundamenty tamtejszych gospodarek i staranie się o odroczenie spłat krótkoterminowych pożyczek. Stiglitz pisze: „Kiedy wybuchały kryzysy, MFW zalecał przestarzałe, nieodpowiednie, jakkolwiek „standardowe”, rozwiązania, bez rozważania ich skutków dla ludzi żyjących w krajach, którym kazano je stosować. Rzadko spotykałem się z przewidywaniami na temat tego, jak dana polityka wpłynie na poziom ubóstwa. Rzadko widywałem wnikliwe omówienia i analizy konsekwencji odmiennych rozwiązań.”

Stiglitz piętnował MFW za tworzenie mylnego wrażenia, że istnieje jedna recepta ekonomiczna, którą można zastosować z równym powodzeniem w każdej gospodarce. Pracownicy Funduszu żonglując kilkoma współczynnikami makroekonomicznymi uważali, że zreformują każdą gospodarkę. Stworzyli monetarystyczny żargon, który wypełnił jego programy. Z czasem stał się on jednak przedmiotem kpin i docinek. Eisuke Sakakibara, wysoki rangą polityk japoński oraz późniejszy członek kierownictwa MFW, pisał, że dyrektor Międzynarodowego Funduszu Walutowego, przeprowadził eksperyment, z którego wynikało, że pracownicy Funduszu mając do czynienia z monetarystycznym opisem danego kraju, nie są w stanie odgadnąć o jakie państwo chodzi. Zdaniem Sakakibara, dominującą praktyką międzynarodowych instytucji czy innych publicznych i prywatnych kredytodawców jest ślepe stosowanie tego samego modelu w stosunku do wszystkich rozwijających się gospodarek. „Do pewnego stopnia same rozwijające się gospodarki zaakceptowały taki ‹‹dyktat›› dogmatycznych formuł ze strachu przed negatywną reakcją rynku w razie odrzucenia tych ‹‹zaleceń››. W tym sensie konsensus waszyngtoński był nie tylko konsensusem w Waszyngtonie, ale reprezentował on oficjalne stanowisko najzamożniejszych krajów G-7 i innych państw członkowskich MFW i Banku wiatowego, zarówno kredytodawców, jak i kredytobiorców, oraz uczestników rynku”.

Zmora kryzysów

Rozprzestrzeniające się kryzysy stały się zmorą niemal całej światowej ekonomii lat 90. Paul Krugman (1998), amerykański ekonomista, ustalił, że kryzysy walutowe wybuchały wówczas średnio, co 19 miesięcy. Z kolei badania ekonomistów Barry Eichengreena i Michaela Bordo z roku 2001 pokazują, że w latach 90. prawdopodobieństwo groźby wystąpienia kryzysu finansowego wzrosło dwukrotnie w porównaniu z początkiem lat 70. W Meksyku w 1994 roku nastąpiło załamanie gospodarcze tuż po podpisaniu wielkiej umowy o wolnym handlu z USA i Kanadą. Kryzys szybko dotknął także Argentynę oraz kolejne państwa. Widzieliśmy, jak rozprzestrzeniał się kryzys w 1997 i 1998 roku w Azji Południowo-Wschodniej. Ponadto przebieg ostatnich kryzysów był znacznie cięższy dla dotkniętych nimi krajów. Jak twierdzą autorzy raportu Banku wiatowego „Global Development Finance” regułą stało się raczej „twarde lądowanie”. Lata 90. były pod tym względem szczególne. Natomiast rzadkie były kryzysy w okresie obowiązywania powojennej umowy z Bretton Woods, kiedy kontrola kapitałowa i ścisłe regulacje sektora finansowego ograniczały przepływy finansowe do „nowych rynków”

Stiglitz ostro krytykuje także politykę administracji Clintona, która pod wpływem lobby wielkich finansów, naciskała na azjatyckie rządy, aby czym prędzej otwierały swoje gospodarki na zachodni kapitał finansowy. Nie brano pod uwagę względów bezpieczeństwa. D’Andrea Tyson, szefowa Narodowej Rady Ekonomicznej w pierwszym okresie urzędowania Clintona, przyznała: „Nasz sektor usług finansowych chciał wejść na te rynki”. Dodaje, że nie zgadzała się z tym do pewnego stopnia i martwiła ją tendencja, aby to robić na oślep bez uwzględniania wielkości kraju czy stopnia jego rozwoju. Nieregulowany niczym przepływ kapitału mógł przecież przytłoczyć małe kraje albo kraje posiadające słabe systemy zabezpieczeń instytucjonalnych. „Mówiliśmy krajom takim, jak Korea Południowa – chcecie należeć do grona krajów OECD, chcecie być traktowani jak kraj przemysłowy. Aby to osiągnąć, chcemy, abyście otworzyli swoje rynki kapitałowe na przypływ dolarów z USA. Dla inwestorów, którzy chcą inwestować w koreańskie aktywa, chcemy abyście zliberalizowali swoje rynki giełdowe”. Tyson przyznaje, że nie doceniono zagrożeń związanych z poddaniem rynków tak dużym przepływom finansowym. W. Bowman Cutter, zastępca szefa Narodowej Rady Ekonomicznej (National Economic Council), powiedział, że liczono się z ryzykiem, ale ostatecznie najważniejszy był cel oraz dążenia, którym chciano wówczas sprzyjać. Nawet Larry Summers, który w 1993 roku był jeszcze głównym ekonomistą w Banku wiatowym pisał, że słabe kraje mają zwykle bardzo ograniczoną kontrolę w bankach. „Podobnie jak w elektrowniach atomowych, w bankowości wolny dostęp nie jest rozsądnym rozwiązaniem” pisał.

Stiglitz wydaje się sądzić to, co powtórzył niedawno Johannes Rau, były prezydent Niemiec, głosząc, że globalizacja , musi być kształtowana przez siły polityczne i społeczne. „Globalizacja będzie sukcesem jeśli dynamiczne siły rynku będą ukierunkowane na korzystny kurs. Ludzie na całym świecie muszą widzieć, że są w centrum spraw”. Stiglitz jako ekonomista w swoich pracach, za które otrzymał Nobla, odkreśla, że rynki nie funkcjonują w sposób doskonały. Przesądza o tym tak zwana asymetria informacji. Przedsiębiorca planujący przedsięwzięcie nie dysponuje wszystkimi informacjami, aby panować nad każdym aspektem inwestycji. Dlatego bywają błędne. Stąd istnieje potrzeba, aby państwo – tworząc jasne reguły gry - odgrywało rolę uzupełniającą, czy korygującą funkcjonowanie rynków.

Globalne podwórko

Stiglitz nie odrzuca globalizacji, ale chce aby została wzbogacona o dodatkowe zasady. Podaje przykład krajów Azji Wschodniej, dla których integracja z gospodarką światową przyniosła wielkie korzyści. Chciałby, aby i inne kraje korzystały z tych dobrych stron globalnej gospodarki, jak choćby z dostępu do olbrzymiego globalnego rynku, który może być źródłem znacznych dochodów z eksportu. Ale jednocześnie wymaga to dojrzałości i dobrego przygotowania, ponieważ otwarcie się na globalny rynek równie dobrze może oznaczać niszczenie miejsc pracy i lokalnego bogactwa w wyniku wzrastającego importu i wypierania miejscowej produkcji. To jest przykład wielu biedniejszych krajów, które zostały zmuszone do liberalizacji nim przygotowały swoje gospodarki. „Problem leży nie w globalizacji, lecz w sposobie jej przeprowadzania. Część tego problemu tkwi w w międzynarodowych instytucjach, w MFW, Banku wiatowym i WTO, które uczestniczyły w ustanawianiu reguł gry. Czyniły to w sposób, który nazbyt często służył interesom rozwiniętych krajów przemysłowych – i partykularnym interesom w obrębie tych krajów - a nie krajów rozwijających się…; zbyt często instytucje te miały specyficznie wąskie podejście do globalizacji, ukształtowane przez specyficzną wizję gospodarki i społeczeństwa.”

Dla Stiglitza wzorem w sposobie globalizowania gospodarek są kraje Azji Wschodniej, w tym przede wszystkim Korea Południowa. Robiły to bowiem w sposób niezwykle przemyślany. Z wielkim uporem i determinacją tworzyły sektory proeskportowe, które zapewniały im wzrastające dochody z globalnego rynku, a jednocześnie skutecznie opierały się presji importowej. Z wielką ostrożnością podchodziły do inwestycji zagranicznych, szczególnie tych, których celem była ekspansja na rynku wewnętrznym. Pomógł im w tym naturalny w tych społeczeństwach patriotyzm gospodarczy. Tym sposobem Korea Płd. stała się prawdziwą potęgą globalną w wielu branżach, również w sektorach zaawansowanych technologii. Zamiast pozyskiwania nowych technologii w formie przyciągania inwestorów zagranicznych, agresywnie pozyskiwali wiedzę z zewnątrz w postaci licencji, czy nawet wykupywania zachodnich ośrodków i firm badawczych. Nawet jeśli ich firmy, zwane często czebolami, wchodziły w alianse z zagranicznymi korporacjami, to nie do tego stopnia, by same traciły kontrolę. Na przykład koreański biznes stoczniowy opierał się na licencjach z Japonii (płacili 5–10 procent ceny statku). Hyundai w przemyśle samochodowym polegał na powiązaniach z Mitsubishi, który posiadał jedynie 11 procent kapitału w tej spółce. W koncernie Kia udziałowcem była japońska Mazda, a Daewoo przez wiele lat powiązane było współpracą z General Motors. Koreańczycy chętnie angażowali też zagranicznych specjalistów, jeśli uznawali, że mogą się czegoś nowego od nich nauczyć, albo gdy chcieli wejść w nowe dla siebie przemysły.

W pewnym sensie można powiedzieć, że wiele krajów Azji Wschodniej rozwijało się w globalnych warunkach, ale jakby wbrew dominującemu modelowi. Byli w stanie opierać się nachalnej propagandzie i presji liberalizacyjnej ze strony MFW i USA, a jednocześnie skrzętnie wykorzystywali ich system dla swoich celów. Poruszali się jakby po jego obrzeżach. Zdawali sobie sprawę, że istnieje wielka przepaść między tym, co zachwalał MFW jako korzyści z liberalizacji, a realiami praktyki. Łatwo było przecież zobaczyć, że główni udziałowcy MFW, czyli kraje najzamożniejsze, głoszą idee wolnego handlu, a jednocześnie chronią liczne sektory, przede wszystkim rolny, tekstylny, hutniczy, Stiglitz pisze: „Stany Zjednoczone nalegały na liberalizację usług finansowych, natomiast opierały się przed liberalizacją tych usług, w których kraje rozwijające się miały silną pozycję takich, jak budownictwo i transport morski.” (s. 217) Pomimo wielu gorzkich doświadczeń Stiglitz wierzy, że możliwe są zmiany w zasadach, jakimi rządzi się ekonomiczna globalizacja. Konieczne są jednak przekształcenia w sposobie działania organizacji ponadnarodowych, czyli MFW, Banku wiatowego i wiatowej Organizacji Handlu (WTO). Obecnie w gronach decyzyjnych dwóch pierwszych instytucji zaledwie kilkanaście najzamożniejszych krajów posiada aż 60 procent głosów. Organizacja Bretton Woods Project zwraca uwagę, że 46 krajów z Afryki Sub-Saharyjskiej ma zaledwie 2 dyrektorów wykonawczych w radach MFW i B, natomiast każdy z ośmiu najbogatszych krajów posiada swojego dyrektora. USA dysponuje nawet prawem weta w MFW. Trudno zatem, aby w takiej sytuacji te organizacje działały w równym stopniu na rzecz swoich głównych udziałowców, jak i na rzecz krajów znajdujących się na niższym poziomie zamożności.

Mimo oporów pewne korzystne zmiany w MFW już zaszły. Nastąpiło to po roku 2000 kiedy Michela Camdessus zastąpił Horst Kohler (ten z kolei niedawno pożegnał się z Funduszem przed upływem kadencji, ponieważ został prezydentem Niemiec). Podczas jego kadencji opublikowano raport, w którym MFW przyznaje, że liberalizacja finansowa okazała się kosztownym rozwiązaniem dla wielu krajów. Przyznano też, że nie ma sposobów, zabezpieczających gospodarki lokalne przed niestabilnością związaną z przepływami finansowymi na wielką skalę. Fundusz zaczął też przyznawać, że rynki finansowe, aby mogły służyć gospodarce, muszą być dobrze nadzorowane oraz muszą być zaopatrzone w dobre regulacje. Powinny one objąć przede wszystkim kapitał krótkoterminowy, szczególnie w postaci pożyczek bankowych. To jest rewolucja, jak na MFW.

W istocie Stiglitz wzywa do budowy nowej architektury gospodarczej świata. Zdaje sobie sprawę, że mamy dzisiaj do czynienia ze zbyt dużą współzależnością ekonomiczną na świecie, aby można było sobie pozwolić na anarchię w światowej gospodarce. W tym sensie nie możemy już cofnąć globalizacji. Skalę przepływów finansowych czy nawet handlowych można i należy w jakimś stopniu ograniczyć względami pozaekonomicznymi, ale nie będzie to możliwe na taką skalę, aby można było mówić o rozplątaniu sieci zależności ekonomicznych, które połączyły świat już dawno temu. Dlatego konieczne jest tworzenie wzorów wspólnego działania i zarządzania sprawami globalnymi, również, a może przede wszystkim w gospodarce. Dzisiejsza współzależność wymaga w zasadzie uformowania pewnej globalnej współodpowiedzialności. Państwa zamożne nie powinny już mówić, że bieda Afryki ich nie obchodzi, czy słaba edukacja w Ameryce Łacińskiej jest poza zasięgiem ich zainteresowania. Rzeczywiście żyjemy na jednym „globalnym podwórku”.

Andrzej Zybała