Stronnictwo wielkiego celu – w X rocznicę śmierci Wojciecha Wasiutyńskiego

W numerze „Porty” 7/8 2004 r., poświęconym osobie Wojciecha Wasiutyńskiego, paru autorów przedstawiając jego projekty i inicjatywy, zwraca uwagę, że próby ich realizacji niemal z zasady zawodziły. Wymienię te z okresu narodzin III rzeczpospolitej. Nie udało się uruchomić po 1989 r. prawicowo – narodowego dziennika, nadać periodykowi „Sprawa polska” kształtu redakcyjnego, tak ciekawie zarysowanego w liście opublikowanym we wspomnianym numerze „Porty”, Ruch Młodej Polski wbrew nadziejom w nim pokładanym nie stał się zalążkiem nowoczesnego ruchu narodowego, z Zjednoczenie Chrześcijańsko Narodowe, dla którego napisał i przywiózł na nasz III Zjazd w 1993 r. „Stronnictwo wielkiego celu” nie zrealizowało tego zadania. Krzysztof Kawalec pisze: „nie spełniły się nadzieje ... na uformowanie silnego ruchu politycznego, odwołującego się do tradycji narodowej w sposób nie koniunkturalny, a jednocześnie nie żerującego na resentymentach. „Konkluzje te są tylko częściowo, raczej pozornie trafne.

Ci ,którzy biorą w życiu publicznym udział traktując go nie jako wykonywanie rzemiosła, ale jako powołanie, wiedzą, że nieomal z zasady przeżywać będą zawody. Nie wolno jednak zrażać się, trzeba zaczynać od nowa. Kto się z tym nie liczy powinien zaniechać uprawiania polityki. W perspektywie mimo zawodów, ujawniają się ślady podjętych wysiłków. Przecież wciąż jesteśmy w drodze, w drodze do stanów idealnych. A w tych dążeniach szczególną rolę, inną niż – nazwijmy ich – politycy – działacze, mają polityczni publicyści. Śp. Wojciech podkreślał, że te dwie role wyjątkowo tylko udaje się łączyć. Tu wymieniał, choć nie bez pewnych zastrzeżeń, Romana Dmowskiego. Polityk musi się liczyć z tym, na ile jego zwolennicy w danym momencie są wstanie zrozumieć i przyjąć jego poglądy jaką reakcję może wywołać ich ujawnienie u konkurencyjnych sił politycznych itd. Publicysta odmiennie często zaostrza wypowiadane sądy, stara się wywołać choćby negatywne reakcje, ale tym samym wywołać dyskusję, by np. po opadnięciu emocji przygotować grunt dla pogodzenia się nawet z bolesnymi koniecznościami. Bohater naszych rozważań nie uchylał się od poruszania takich trudnych tematów, od narażania się na ataki. Jego postawa bliska była myśli wypowiedzianej przez innego wybitnego narodowca i pisarza, Karola Huberta Rostworowskiego: „Kochać życie to znaczy kocha walkę to znaczy wierzyć w swoje posłannictwo”. Jako przykład takiej bulwersującej wypowiedzi wymienię artykuł pt. „Czy możliwy jest kompromis historyczny” (Tydzień Polski, Londyn 1981), w którym głosił nieuchronność pogodzenia się z utratą wschodnich terytoriów przedwojennej Polski. W środowisku narodowo – emigracyjnym wywołało to burzę. Tak się jednak stało, choć w całkiem innych okolicznościach politycznych. Po śmierci Tadeusza Bieleckiego Wasiutyński poddał ostrej krytyce kierownictwo emigracyjnego Stronnictwa Narodowego za politykę, dla której w tamtym okresie główne zagrożenie stanowili Niemcy, masoneria, piłsudczycy etc., a wtedy przecież – pisał – Polska jest podległa Związkowi Sowieckiemu, rządzą komuniści, a nie masoni czy piłsudczycy. Przestrzegał, by to gremium nie zasłużyło na przydomek „stupid right”.

Wymieniłem już tytuł ostatniej większej pracy Wasiutyńskiego o stronnictwie wielkiego celu. Nią pragnę się zająć. To jakby testament ideowo – polityczny zachowujący swą aktualność niezależnie do tego, do kogo był pierwotnie skierowany. Już w 1937 r. Adam Grzymała – Siedlecki tak charakteryzował teksty Wasiutyńskiego: „Umie pisać krótko, a w tych ograniczonych wymiarach powiedzieć całą swoją myśl”, a dodam, że w tej 30 stronicowej broszurze widoczna jest szeroka wiedza oparta nie tylko na polskich doświadczeniach, ale i na wnikliwej po wojnie obserwacji demokracji zachodnich. Pytanie brzmi, które z ocen i wskazań zawartych w tej pracy dla ludzi z tego samego co Autor ideowo – politycznego środowiska, powinny w dalszym ciągu pełnić rolę drogowskazów.

Praca mówi o roli, miejscu i charakterze stronnictwa politycznego w naszym ustroju demokratycznym oraz o celu tego stronnictwa, do którego się zwraca. Polityka bowiem dotyczy kształtowania przyszłości, jest więc s\działalnością celową. Już Zygmunt Balicki, jeden z twórców ruchu narodowego pisał: „dopiero postępowanie celowe, mające na widoku bezpośrednio zmianę w układzie sił społecznych, pośrednio zaś ustalenia pewnych norm prawa w stosunku do położenia obecnego, zasługuje na miano polityki”.

Podstawowa teza pracy zawarta w jej pierwszym zdaniu: „Jedną z niewątpliwych przyczyn słabości polskiego parlamentaryzmu, polskiej demokracji, polskiego ustroju politycznego, nawet państwa, jest brak silnych stronnictw”. Tak jest do dziś, a mimo to głupota polityczna bądź chęć kamuflowania określonych intencji i interesów czy też swoisty populizm każe straszyć upartyjnieniem czy wręcz partyjniactwem. W społeczeństwie masowym brak ciał pośrednich między jednostką, a państwem czyni obywateli pionkami, szczególnie dziś, gdy znajdują się pod psychicznym naporem środków masowego przekazu pozostających w rękach „ważnych” i bogatych, u nas często w rękach obcego kapitału. Można obserwować szczególny populizm tych, którzy innych ochoczo pomawiają o tę przywarę. Reklamując okręgi jednomandatowe, jako rzekomą zaporę partyjniactwa tają prawdę, że system ten sprawdza się tam, gdzie partie są silne i nieliczne, w zasadzie dwie liczące się. One są w stanie wymagać przestrzegania przez parlamentarzystów określonych standardów, pociągać ich do odpowiedzialności. Nie dokona tego ta wachliwa część elektoratu, która w wyborach jednomandatowych zataczając się od prawa do lewa przesądza często o ich wyniku.

Wart to przytoczyć opinię Wasityńskiego z jego pracy „O programie większości”: „podział opinii publicznej na dwa i tylko dwa, trwałe bloki... jest mało prawdopodobny w naszym społeczeństwie”. „Trudno więc budować złożenia przyszłości w postaci ... okręgów jednomandatowych”. „Warto tylko może wskazać na oryginalny i dość dobrze dotąd działający system niemiecki, w którym wyborca składa dwa głosy: jeden na kandydata w okręgu jednomandatowym, a drugi na stronnictwo w skali państwowej”.

Problem polega i na tym, czy partie wpisane do rejestru sądowego są rzeczywiście partiami w pełnym tego słowa znaczeniu, to jest partiami, to jest partiami wspólnotami. Nieraz w samej nazwie wypierają się tego – vide wałęsowska powtórka niechlubnego BBWR – u (Bezpartyjnego Bloku...). Wciąż jeszcze odżywają tęsknoty za jakimiś ruchami obywatelskimi, typowymi dla okresów przejściowych odradzania się niepodległości i wolności. Miało to rację w 1918 r., także w końcówce lat osiemdziesiątych. I tylko wtedy. Wystarczy przypomnieć sobie, kto u zarania starował Obywatelskim Klubem Parlamentarnym (sejm okrągłostołowy) i komu na utrzymaniu tego stanu zależało. Podobny charakter mają hasła rządu ponadpartyjnego. To zdaniem Wasiutyńskiego „rząd zwierzchnika nad partiami”, „dyktatorialny”. Tymczasem: „Pojęcie demokracji i pojęcie stronnictw są nierozdzielne. „Niemiecka nauka od blisko wieku takie państwo nazywa „Parteistaat”.

A więc co to jest stronnictwo polityczne. Czytamy: „ Stronnictwo tym różni się od koterii czy kliki, że nie jest grupą doraźnie zebranych osób do przeprowadzenia jednego celu, ale szeroką organizacja o dość trwałym składzie, złączoną wspólnymi poglądami na najważniejsze sprawy publiczne”. U nas – wydaję się – istnieją nie tyle rzeczywiste stronnictwa, co raczej komitety wyborcze, które przed kolejnymi wyborami wpisują się do rejestru stronnictw. W obecnym Sejmie (IV kadencja) w istocie poza dwoma partiami post – peereloskimi, dziś już w rozkładzie, wszystkie inne kluby takich komitetów wyborczych utworzonych w przededniu ostatniej kampanii wyborczej. Mają one takie czy inne programy, ale jak pisze Wasiutyński: „Program jest elastyczny na kilka lat”. Popularne są programy różnych sanacji, ale warto przypomnieć, że i ta przedwojenna sanacja szybko zaczęła słabnąć, musiał więc sięgnąć po ożywczy „ozon” (vide – Obóz Zjednoczenia Narodowego).

Wasiutyński pisze: „Stronnictwo może nie mieć doktryny, może nie mieć stałego programu, ale nie może istnieć bez podłoża wspólnych przekonań swoich zwolenników”. Ja te wspólne przekonania nazywam ideologią, mimo zawartej w pracy przestrogi, że o ideologii „można mówić tylko w luźnym sensie, a lepiej nie używać tego słowa, by uniknąć zamieszania”. Ta rezerwa wiąże się z epoką, w której ideologie identyfikowano ze zbiorami haseł i sloganów monopartii w systemach totalitarnych. Doktrynalni liberałowie głoszą, że pod wpływem ideologii powstają masowe ruch społeczne zagrażające samej demokracji, a według Adama Michnika „przekształcenie polityki w sferę walki prawdy z nieprawdą grozi inwazją różnych fundamentalizmów i destrukcją ładu demokratycznego”. Np. Lipset uważa, że mała frekwencja w wyborach to objaw zdrowia demokracji. Udział biorą tylko Ci, którzy znają się na sprawach publicznych. Czy jednak w takiej sytuacji nie mamy do czynienia raczej z oligarchią, określaną jedynie dla niepoznaki słowem demokracja. A bez wielkiego celu nie można poruszyć, pobudzić do działania szerokich rzesz ludzi. Moim zdaniem rację ma Clifford Giertz, że XX wieczny „atak na ideologię jest echem oświeceniowego ataku na religię” (cytat za Ch. Lasch, Bunt elit, Kraków 1997).

Według Wasiutyńskiego w stronnictwie „ludzie dobierają się dla rozwiązania jakiegoś bardzo zasadniczego zagadnienia, które zająć może długie lata wysiłków”. Dziś jednak wiele partii – komitetów wyborczych sądzi, że wystarczą programy na okresy wyborcze, chwalą się, że do ich opracowania zaangażowały zespoły ekspertów najwyższej klasy. Wart w związku z tym przytoczyć opinię ze znanej przed laty pracy Jeanne Hersch pt. „Polityka i rzeczywistość” – „W demokracji należy zawsze uważać, żeby zostawić właściwe miejsce ekspertom i żeby nie było ono za duże, ani za małe. Nie licząc się ze zdaniem ekspertów łatwo stracić poczucie rzeczywistości. Licząc się z nim za bardzo, łatwo stracić z przed oczu cel” (Paryż 1953, tłum. Czesław Miłosz). Ultraliberałowie chcieliby politykę zamknąć w gronie ekspertów. Odmieniając na różne sposoby słowo demokracja, w istocie zmierzają oni nie mniej niż masowe ruch totalitarne do jej likwidacji, tyle że po cichu.

A więc czas przejść do sprawy celu, tego „wielkiego” jak głosi tytuł omawianego dzieła. W „Tygodniku Idei – Europa z 8 września 2004 r., o dziwo dodatku do tygodnika „Fakt”, prof. Andrzej Nowak, redaktor „Arcanów” omawia poglądy głoszone przez rosyjskiego filozofa polityki Aleksandra Siergiejewicza Paparina związane z poszukiwaniem drogi do odnowy rosyjskiego imperializmu. Rosja występuje w nim jako „drugi Rzym” obok Stanów Zjednoczonych Ameryki. Poglądy dla nas nie do przyjęcia, ale jedna uwaga w nich zawarta godna jest zastanowienia. Polska w systemie geopolitycznym Europy Wschodniej to dla Rosji – jak pisze Paparin – „nasz własny Paryż”, natomiast Polska w systemie geopolitycznym Europy Środkowej stanie się „nie tylko marginesem geopolitycznym, ale i głęboką prowincją kulturalną systemu germańsko – romańskiego (tak jawi się Paparinowi Europa Zachodnia), „Przekształci się w Lumpenproletariat Zachodu..., źródło niewybrednej, taniej siły roboczej”. Ta analiza powinna nas uczulić na to, że jeśli uznamy się rzeczywiście za „ubogich krewnych” Europy Zachodniej, za naśladowców modnego na Zachodzie negowania rzymsko – chrześcijańskich korzeni europejskiej kultury, przytakiwaczy szczególnie ujmowanego hasła europejskiej wielokulturowości, to niezależnie od korzyści materialnych, jakie zapewnić ma członkostwo w Unii Europejskiej, może zacząć się kruszyć nasza tożsamość narodowa i to nadwyrężona już społeczną atomizacją z okresu tzw. realnego socjalizmu. A do tego jednostronne zajęcie pozycji konsumenta dóbr duchowych musi prowadzić do pogłębiania zapaści. Dostrzega to w omawianej książce Wasiutyński odwołując się do swojej wypowiedzi w ankiecie dla „Tygodnika Powszechnego”. Cytuję: „przez świat idzie fala dechrystianizacji”. Jest to walka „z całym etosem chrześcijańskim, z całą tradycją i urobioną wiekami moralnością. Ta fala dochodzi do Polski”. Autor przytacza znane sformułowanie Romana Dmowskiego o tym, że „katolicyzm nie jest dodatkiem do Polskości” i dodaje: „To co dla narodów zachodnioeuropejskich może być przejściową chorobą, w Polsce może okazać się śmiercią kultury narodowej, końcem odrębnego bytu”. W konkluzji stwierdza, że walka z tym zagrożeniem „jest celem, który spełnić może tylko żywy ruch, tylko zorganizowane wielki stronnictwo”. Dodam – a nie taki czy inny komitet wyborczy.

Wielki stronnictwo może powstać tylko dla realizacji wielkiej idei. Wielka idea to nie powtarzanie zgodnie z tzw. poprawnością polityczną postoświeceniowych haseł modnych dziś wśród tych, którzy aktualnie w Unii rządzą, to nie akceptacja roli „ubogiego krewnego”, któremu nie wypada kwestionować tego co postanowili godniejsi (vide – sprawa europejskiej konstytucji). Roger Scruton, znany angielski myśliciel konserwatywny, tak mówi o koncepcji Unii Europejskiej, jako superpaństwa czy też państwa federalnego. Jest to „utopijna wizja podzielna przez wielu starych, niemądrych ludzi. Tylko, że ludzie ci mają dużo władzy, dużo pieniędzy i dużo wpływów. Dzięki temu kontynuują prace nad wieloma europejskimi instytucjami, nad konstytucją itd. I w ten sposób tworzą rodzaj potiomkinowskiego państwa. Ale państwo to rozleci się przy pierwszym prawdziwym wstrząsie.”

Po wejściu w skład Unii Europejskiej wielki cel wykraczać musi poza nasze granice, inaczej celem wielkim nie będzie. Destrukcja europejskiego etosu grozi samej Unii, samej Europie w obliczu zagrożeń ze strony dynamicznie pod względem demograficznym, gospodarczym i ideologicznym prezentującej się Azji. Sam rozwój gospodarczy służący uprawnieniu cywilizacji „konsumeryzmu” przed katastrofą nie uchroni. Konieczne jest poszukiwanie przez stronnictwo wielkiego celu sojuszników dla idei Europy wiernej swym korzeniom nie w biurokratycznych strukturach Unii, lecz wśród pokrewnych, europejskich nurtów ideowych.

Nie wystarczy za cel obrona narodowej tożsamości, a nawet samej suwernności. Jose Ortega y Gasset mówi, że takie podejście to traktowanie narodu jako obiektu antykwarycznego, który trzeba jedynie odkurzać i konserwować. Tymczasem mimo upływu 102 lat aktualność zdaje się zachowywać definicja narodu Ernesta Renana: „wspólna, pełna chwały przeszłość, wspólna wola działania w chwili obecnej, w przeszłości wieki wspólne osiągnięcia, obecnie – chęć dokonania dalszych, oto podstawowe warunki, by być narodem. W przeszłości dziedzictwo chwały i żal niespełnionych nadziei, na przyszłość – wspólny program do spełnienia... Egzystencja narodu to codzienny plebiscyt.” Stronnictwo wielkiego celu musi czynnie w tym plebiscycie uczestniczyć. Wasiutyński w agendzie na rok 2000 z omawianej broszury, pisze: „Europa Ojczyzn? Tak. Pod warunkiem, że nie przestaną one być ojczyznami.” A dalej zaznacza: ”Ta idea nie przybrała nigdy kształtu konkretnego planu, wydawała się fantazją. Teraz zaczyna być możliwością. „Stronnictwo wielkiego celu musi nad koncepcją Europy Ojczyzn pracować, dążyć do pobudzenia własnego narodu do jej realizowania, szukać dla tego realizowania sojuszników wśród innych narodów europejskich. Sformułowany przez Wasiutyńskiego cel, któremu ma służyć upragnione przez Niego stronnictwo, w którym na etos chrześcijański położony jest akcent, może rodzić zarzut, że w istocie chodzi o wezwanie do budowy państwa wyznaniowego. Autor nie unika zdecydowanej odpowiedzi – przeciwieństwem państwa wyznaniowego jest bezwyznaniowe. Trzeba wybierać. Czym innym jest rozdzielenie państwa od Kościoła w aspekcie organizacyjnym, ale „niesposób... jest w wolnym społeczeństwie rozdzielić państwa od religii. „ Dlatego proponuje zaniechać używania tych określeń „wyznaniowe”, „bezwyznaniowe”.

Równocześnie jednak Autor omawianej pracy z naciskiem podkreśla zasadniczą odmienność zadań i płaszczyzn, na których działa Kościół i partie. Dlatego: „Próby tworzenia partii kościelnej nie dały nigdzie dobrego rezultatu. „Czym innym niż Stronnictwo jest także apostolstwo świeckich. Dlatego niepokoi Go, że w „Sprawie Polskiej” ukazał się artykuł usiłujący z ZChN zrobić Akcję Katolicką”. To cytat z listu do redaktora „Sprawy Polskiej” zamieszczonego w powołanym już numerze „Porty”.

W „Stronnictwie wielkiego celu” Autor porusza jeszcze wiele innych problemów. Ich pełne rozważenie wymagałoby zapewne więcej miejsca niż te 30 stron, na których wyrażone zostały komentowane myśli. Polacy, którym bliska jest tradycja narodowego nurtu myśli politycznej, długo jeszcze powinni i będą korzystać z przemyśleń zawartych w ostatnim przesłaniu Wojciecha Waiutyńskiego.

Na zakończenie jeszcze jeden cytat – przestroga wciąż aktualna a wskazanie na przyszłość: „Żywy, nowoczesny nurt narodowy nie może być nastawiony na problemy przebrzmiałe ani zagadnienia marginalne. Musi być zwrócony ku głównym problemom przyszłości, przede wszystkim tym, które już są wśród nas, ale i tym, które zarysowują się jako zagadnienia dwudziestego pierwszego wieku.”

Wiesław Chrzanowski