O Niemczech, Europie i polityce polskiej.

Niewielka rozmiarami książka Marka A. Cichockiego wydaje się jednak jedną z najważniejszych pozycji dotyczących analizy stosunków międzynarodowych, miejsca Polski na mapie polityki międzynarodowej oraz perspektyw, jakie otwierają się przed naszym krajem w dzisiejszej sytuacji.

„Porwanie Europy” wyróżnia się przede wszystkim względu na rzadką odwagę i uczciwość formułowania sądów oraz rzeczowość prowadzonych przez autora wywodów. Autor świadomie i konsekwentnie rezygnuje z przedstawiania problematyki międzynarodowej w specyficznym specjalistycznym żargonie, który ma w magiczny sposób pokryć bezradność stosujących go „ekspertów” wobec nawarstwiających się problemów politycznych i pozwolić na uniknięcie trudnych i drażliwych pytań. W związku z tym poza tym, iż można dość jasno odtworzyć zasadnicze linie rozumowania autora, można też śmiało polecić lekturę książki Cichockiego także laikom, którzy chcieliby po prostu poszerzyć swoją wiedzę na temat miejsca naszego kraju w Europie. Oczywiście praca mająca 120 stron nie jest w stanie wyczerpać wszystkich zagadnień związanych z modelem Unii Europejskiej oraz miejscem w niej Polski, pozostaje więc miejscami zupełnie naturalny niedosyt, który – mam nadzieję - autor zaspokoi w kolejnych swoich publikacjach. Renacjonalizacja Unii.

Jedną z najbardziej wartościowych, moim zdaniem, części książki jest ta poświęcona analizie znaczenia stosunków niemiecko-francuskich dla integracji europejskiej, a także więzi transatlantyckich – ze Stanami Zjednoczonymi oraz szans i zagrożeń wynikających z napięć pomiędzy „karolińskim” rdzeniem Europy, a głównym światowym mocarstwem. Po raz pierwszy bodajże w Polsce znajdujemy fachową analizę, popartą bogatym materiałem źródłowych, w której w zrozumiały i jasny sposób jesteśmy w stanie odtworzyć cele i metody polityk narodowych (przede wszystkim francuskiej i niemieckiej) oraz podstawowe przesłanki politycznego myślenia tamtejszych elit.

Opowiadanie o polityce prowadzonej w ramach wspólnot europejskich z perspektywy interesów narodowych wchodzących w ich skład państw nie jest powszechnie przyjętym sposobem prezentacji polityki współcześnie prowadzonej na naszym kontynencie. W moim jednak przekonaniu jest to sposób o wiele trafniej tłumaczący jej zawiłości i pozorne niekonsekwencje.

Jedną z zasadniczych zalet wybranej przez Cichockiego metody opisu jest możliwość uniknięcia dwu pułapek, w które zbyt łatwo w ciągu ostatnich lat wpadała nie tylko polska publicystyka polityczna, ale także analizy ekspertów. Otóż nie można dostrzec u autora „Porwania...” ani prostej idealizacji, ani też diabolizacji procesu integracji naszego kontynentu. Zostaje mu przywrócona właściwe miejsce i znaczenie. Unia jawi się z tej perspektywy bardziej jako nowa metoda realizacji polityki w Europie, niż nowy byt polityczny. Autor zauważa proces reontologizacji polityki europejskiej, twierdzi, że Unia wciąż (i dodajmy od siebie, jak wynika z rozważań Cichockiego, coraz bardziej) jest raczej konglomeratem politycznych bytów niż jednolitą strukturą (s. 57). Tendencja do tej swoistej renacjonalizacji polityki europejskiej jest wywoływana przez jakościowe zmiany na mapie Europy, jakimi zdaniem Cichockiego były zjednoczenie Niemiec oraz rozszerzenie UE do 25 państw. Trafnie przy tym zauważa, że „dzisiaj rozszerzenie UE na wschód, być może decydujący akt jednoczenia Europy, nie jest postrzegane tak po prostu w kategoriach wielkiego happy endu, rekoncyliacji, zagojenia się wszystkich ran, nowego początku (s. 52)”. Jest to raczej moment kryzysu, w którym pojawiają się przed Europą a także przed nami – Polakami - zupełnie nowe wyzwania.

Niemcy a miejsce Polski w Europie
W tej sytuacji Marek Cichocki stawia pytanie o miejsce Polski na mapie politycznej Starego kontynentu. Starając się na nie odpowiedzieć odwołuje się do Ehlzenberga, powtarzając za tym filozofem, że „Mocarstwem nie będziemy” (s. 58), ale twierdzi, że realnym jest osiągnięcie przez Polskę podmiotowości na arenie europejskiej, że nie jesteśmy skazani na rolę bezwolnego klienta. Bowiem mimo, że jesteśmy „relatywnie słabi”, to jednak duzi, a możemy być „politycznie ambitni”.

Kluczowe znaczenie dla miejsca Polski w Unii Europejskiej mają zdaniem Cichockiego nasze stosunki z Niemcami. Marek Cichocki, który jest – przypomnijmy – znawcą przede wszystkim problematyki niemieckiej prezentuje tutaj kompetentną analizę zarówno polityki niemieckiej ujętej generalnie, jak i zagadnienia stosunków Niemiec z ich wschodnim sąsiadem w XX wieku. Z jednej strony jest to być może najciekawsza część wywodu autora, ale jednocześnie najbardziej kontrowersyjna.

Jak zauważa Cichocki „niemiecka polityka europejska jest więc dzisiaj w większym stopniu i w inny sposób niż wcześniej podporządkowana niemieckim narodowym interesom (s. 99)”. Podstawowy dylemat niemieckiej polityki po zjednoczeniu kraju autor „Porwania Europy” formułuje za Gartonem Aschem w następujący sposób: „Niemcy znów stały się krajem za dużym w skali Europy, za małym w skali świata (s. 88)”, a przy tym Niemcy mieliby wielką ochotę, by „więcej znaczyć w Europie, za mniej pieniędzy (s. 93).”

Cichocki diagnozuje, że w Niemczech spotykały się głównie dwa spojrzenia na Europę położoną na wschód od ich granic – jako przestrzeni tak czy inaczej rozumianej misji cywilizacyjnej Niemiec (co mogło i najczęściej łączyło się z agresją na wschód) lub też miejsca, wobec którego Niemcy miałyby jakieś szczególne zobowiązania filantropijne czy humanitarne – były zobowiązane do wyciągnięcia pomocnej dłoni do zapóźnionych ubogich wschodnich krewnych. Warto jednak podkreślić W żadnej z nich nie ma jednak mowy o podmiotowym potraktowaniu Polski. Teza ogólna – choć jak sądzę sformułowana niezwykle eufemistycznie - wydaje się trafiona i zdaje się tłumaczyć dylematy niemieckiej polityki wschodniej – może z wyjątkiem ściśle pojmowanego okresu Trzeciej Rzeszy. Jednak już historyczne przykłady wybrane przez Marka Cichockiego budzą wiele wątpliwości.

Analiza koncepcji Mitteleuropy sformułowanej przez Naumanna oraz dialogu (nazwijmy to delikatnie) pomiędzy szefem krakowskiego gestapo i hrabią Ronikierem z Rady Głównej Opiekuńczej wydają się chybione. Naumannowska Mitteleuropa nie może byćc przecież interpretowana nie tylko jako rzetelna próba nowego zorganizowania ładu środkowoeuropejskiego, ale także jako cyniczna propozycja niemieckiej imperialnej dominacji nad terenami wschodnimi, związana nie tyle z przełamaniem fatalizmu sojuszu rosyjsko-pruskiego, co raczej z koniecznością poszukania sobie nowych wschodnich sojuszników, w związku z konfliktem z Rosją.. Propozycje dla Niemców współpracy z Polakami, sformułowane przez hrabiego Ronikiera, a raczej usiłowania sformułowania propozycji politycznych (poza kontekstem taktycznym) trącą zaś tak wielką anachronicznością w polskiej rzeczywistości lat 1943-1944 – rzeczywistości eksterminacji narodu polskiego, a zwłaszcza jego elit, że doprawdy trudno jest mi doszukać się dramatu w odmowie zajmowania się przez gestapowca ową ofertą współdziałania. Nowa, hitlerowska Europa bez Polski miała się po prostu obyć! Nic nie wskazywało, by kiedykolwiek Niemcy scenariusz cząstkowej choćby kooperacji z Polakami serio rozważali. Ma rację autor książki, że bez rzetelnej analizy przeszłości nie będzie mowy o nowym określeniu wzajemnych stosunków, ale ocena ta musi być znacznie bardziej dosadna niż to proponuje Marek Cichocki.

Abstrahując od rozważań historycznych trzeba jednak wyrazić jeszcze jedną wątpliwość w stosunku do rozumowania autora. O ile można się zgodzić, co do analizy polityki Niemiec wobec Polski w latach 90-tych, to w wypadku polityki polskiej brakuje mi jednego elementu – o niebagatelnym jednak znaczeniu. Tzn. niesamodzielności politycznej naszych elit, a mówiąc brutalniej zależności ich części od niemieckiego partnera. Polityka fundacji niemieckich w Polsce w znacznej mierze sprzyjała wytwarzaniu się takich postaw dostrzegalnych bardzo wyraźnie przez całe lata 90-te. Odniesień do problemu tego zawinionego uwiądu samodzielności politycznej Polaków i wpływu tego zjawiska na wzajemne relacje – w tekście Marka Cichockiego nie znalazłem. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że choć jego osobiste opinie charakteryzuje duża życzliwość w stosunku do Niemiec, to jednak nie ma u autora „Porwania Europy” choćby cienia tego tak charakterystycznego dla znacznej części polskich niemcoznawców serwilizmu wobec większego i bogatszego partnera. To, że problem niesamodzielności politycznej części polskich elit politycznych nie został nawet pobieżnie zanalizowany, stanowi tym większą szkodę, że przecież główną tezą Cichockiego jest wezwanie do prowadzenia przez Polaków odważnej i w pełni podmiotowej polityki. Ambitna polityka polska w Unii

Z tej właśnie perspektywy analizuje twórca „Porwania Europy” bieżące problemy polityczne – m.in. zagadnienie przyjęcia tzw. traktatu konstytucyjnego UE. Poddana zostaje druzgocącej krytyce metoda pracy nad tym istotnym dokumentem – tj. wrzucanie pod obrady „z zewnątrz” już gotowych, opracowanych w niejasnych okolicznościach. Zwraca uwagę na niedojrzałość i przedwczesność prac nad tego rodzaju dokumentem, a także na tchórzostwo elit politycznych, które ugięły się przed naciskami podpisując traktat.

Autor stawia pytanie, o możliwość prowadzenia przez Polskę „ambitnej” polityki w ramach UE. Jednym z jej mierników ma być sformułowanie własnego programu reform instytucjonalnych UE. Cichocki jest w tej mierze, jak się wydaje, optymistą – miejmy nadzieję, że się nie myli. Jednak po to, by rzeczywiście jego nadzieje się nie spełniły, trzeba, by Polacy i reprezentujący ich politycy, rzeczywiście się upodmiotowili, porzucili swoje dotychczasowe wady - m.in. wspomniany serwilizm wobec obcych, z drugiej zaś strony nie zarazili się wadami polityków europejskich – choćby wspomnianym tchórzostwem. Taka sytuacja jest możliwa, jednak – pozwolę sobie na osobistą refleksję – do jej zaistnienia prowadzi wcale niełatwa droga.

Paweł Skibiński
Marek A. Cichocki, Porwanie Europy, Wyd. Ośrodek Myśli Politycznej i Centrum Stosunków Międzynarodowych, Kraków-Warszawa 2004, s. 125.