Václav Klaus:
Europejskie problemy i pseudo-problemy
Muszę przyznać, że coraz bardziej niepokoi mnie sposób, w jaki w dzisiejszych czasach, na początku XXI wieku, prowadzona jest w Europie dyskusja na tematy publiczne. Niepokoi mnie zarówno to, na jakie tematy się dyskutuje, jak i to, czego w owej dyskusji brakuje, jakie tematy są z niej przy pomocy różnych wyrafinowanych metod wykluczane. Wygląda to tak, jak gdyby wszyscy uwierzyli, że podstawowe problemy naszej epoki zostały już rozwiązane w przeszłości i, że w tym sensie historia już się skończyła. Niemal wszyscy uczestnicy tej europejskiej „dyskusji zastępczej” zwracają przesadną uwagę na problemy marginalne. We współczesnym brave new word, z jego dominacją telewizyjnych relacji na żywo i informacji nie dłuższych niż wiadomość SMS, wszyscy zachowują się tak, jak gdyby najważniejszym dla Europy problemem było, czy przyjąć do UE kolejne dwa-trzy państwa, czy przewodnictwo w Unii ma się zmieniać rotacyjnie, czy też lepszy jest system stałego przewodniczącego; czy Unia ma mieć 25 czy 15 komisarzy albo, czy lepszy jest taki czy inny system głosowania większościowego.
Obawiam się, że chodzi tu wyłącznie o zagadnienia drugorzędne, nie dotykające podstawowych problemów Europy, a co gorsza – obawiam się, że ci, którzy podnoszą te zagadnienia, wypierają w ten sposób z debaty publicznej inne, ważniejsze tematy. Uważam jednak, że nie możemy poddawać się modnym trendom naszej epoki. Powinniśmy głośno wyrażać nasze wątpliwości. Nie można pozwolić, aby europejską przestrzeń intelektualną okupowały tematy, które liczą się wyłącznie dla tej części inteligencji, złożonej głównie z unijnych polityków i biurokratów, którą niedawno ktoś trafnie określił jako „przywiligencja” (przywilej + inteligencja – przyp. tłum.)
Nie trzeba wyjątkowej bystrości, żeby dostrzec, iż obecnemu rozwojowi Europy towarzyszą niektóre wyraźne, a w dodatku niewątpliwie negatywne trendy i tendencje. Chodzi mi zwłaszcza o:
- długoterminowy spadek efektywności gospodarczej (zarówno w wartościach zarówno względnych jak i bezwzględnych);
- rosnące wyborcze preferencje różnych radykalnych partii politycznych oraz ugrupowań o orientacji populistycznej czy nacjonalistycznej;
- utratę dynamizmu kulturowego, połączoną z triumfalnym pochodem multikulturowości oraz z przekonaniem, że można zachować tradycyjne wartości europejskie i równocześnie zdemontować instytucje, na gruncie których owe wartości powstały;
- utratę wiary we własne możliwości, zanik pozytywnej etyki pracy, przedsiębiorczości i motywacji osobistej;
- brak zrozumienia dla faktu, że nie można niczym zastąpić związku pomiędzy rezultatami i nagrodą;
- krótkowzroczność związaną z podświadomym, a w dodatku nieartykułowanym strachem przed przyszłością;
- zanik cech przywódczych, depersonalizacja procesów decyzyjnych w sferze publicznej, zwrot w stronę kolektywnej (nie)odpowiedzialności;
- rosnący brak zaufania do polityki i polityków, zwłaszcza w momencie, gdy coraz więcej sfer ludzkiej działalności podlega procedurze wspólnego, publicznego głosowania;
- podkopywanie tożsamości narodowej oraz – ponieważ jakiekolwiek powoływanie się na ową tożsamość ośmiesza się jako anachroniczny nacjonalizm – pojawianie się oznak prawdziwego nacjonalizmu;
Nie wydaje mi się, aby zjawiska te były w jakiś sposób bezpośrednio związane z niedawnym rozszerzeniem Unii Europejskiej czy też z powstaniem Konstytucji Europejskiej. Z żalem muszę stwierdzić, że nowe państwa członkowskie ze Środkowej i Wschodniej Europy nie wniosły do UE żadnej zasadniczej zmiany. Przynieść jej zresztą nie mogły, bo w okresie pomiędzy upadkiem komunizmu a akcesją zostały zainfekowane przez ten sam wirus. Trochę świeżego powietrza mogłyby wnieść kraje geograficznie jeszcze odleglejsze, jednak wydaje się, że jeżeli ich wejście do UE groziłoby wprowadzeniem wyraźniejszych zmian, po prostu nie zostałyby przyjęte.
Niedawne rozszerzenie UE będzie jednak miało pewne znaczące efekty. Większa i bardziej skomplikowana struktura Unii sprawi, że większe i bardziej wyraźne staną się również jej wady systemowe:
- wyraźniej niż poprzednio zamanifestuje się demokratyczny deficyt i deficyt demokratycznej odpowiedzialności instytucji UE;
- procedury decyzyjne dalej będą ewoluować od modelu demokratycznego w stronę hierarchicznego;
- zwiększy się dominacja „twardego jądra” Unii;
- większościowy sposób podejmowania decyzji będzie w coraz to nowych sferach działalności Unii zastępować zasadę jednomyślności;
- próby eliminacji wszystkich odstępstw od jakieś abstrakcyjnej „normy” unijnej doprowadzą do częstszych odgórnych regulacji;
- odległość pomiędzy obywatelem a centrum władzy – Brukselą – będzie się powiększać;
- pogłębi się anonimowość procesów decyzyjnych;
Wszystko to – z uwagi na dominację integracyjnego projektu „coraz ściślejszej unii” – wydaje się konsekwencją nie do uniknięcia. Trudności, związane z koniecznością wyboru pomiędzy ilością państw z jednej strony, a demokratycznością i efektywnością działania z drugiej (przy nie zmienionych innych okolicznościach, a więc ceteris paribus), będą coraz wyraźniejsze. Unia albo zapłaci za obiektywnie wyższe koszty podejmowania decyzji zmniejszoną efektywnością procesów decyzyjnych, albo będzie się je starała przytłumić przez ich mniejszą demokratyczność. Oba rozwiązania uważam za negatywne.
Niedawno podpisana Konstytucja Europejska (czy też traktat konstytucyjny) prowadzi do zwiększenia obu rodzajów kosztów. W obecnym kształcie jest to dokument o radykalnych, długoterminowych skutkach dla wolności i prosperity poszczególnych obywateli oraz dla przyszłości państw narodowych. Ktoś mógłby mi zarzucać, że sieję panikę i, że sprawy nie zaszły jeszcze tak daleko. To prawda. Wystarczy jednak tylko jeszcze jeden następny traktat czy konferencja międzyrządowa. To moja prognoza, nie życzenie.
Traktat konstytucyjny nie rozwiązuje autentycznych problemów Europy, stara się je tylko marginalizować. Odważę się twierdzić, że przyczyną tych kroków jest albo defekt intelektualny, albo działanie celowe, realizacja planu tych, którzy ów dokument koncypowali. Niezależnie od tego, który z wymienionych powodów jest bliższy prawdy, autorzy traktatu opierają się na bardzo wątpliwych przesłankach:
- Europa istniała w przeszłości jako byt kolektywny, o wspólnej tożsamości, i dlatego powinna jako byt kolektywny istnieć również w przyszłości;
- Europa posiada wspólną historię, którą podobnie jak historię narodów można wprowadzić do świadomości obywateli poprzez mity, podręczniki historii, kazania, przemówienia polityczne;
- nie można poddawać w wątpliwość jednoznacznych korzyści płynących z homogenizacji kontynentu europejskiego przy pomocy eliminacji wszystkich różnic oraz harmonizacji i standaryzacji zasad ludzkiego zachowania;
- konkurencja nie jest najbardziej uczynnym mechanizmem osiągania wolności, ale raczej niesprawiedliwą i nieproduktywną formą dumpingu, zagrażającą różnym grupom otoczonym specjalną ochroną, a ostatecznie całemu społeczeństwu;
- obowiązuje zasada „czym większe tym lepsze” (big is beautiful); centralizacja, biurokratyzacja oraz kierowanie całym kontynentem uważa się za korzystne dla nas wszystkich;
- regulacja, kontrola, odgórne ingerencje są konieczne, ponieważ „błędy rynku” to większe niebezpieczeństwo niż „błędy władzy”, a rynek, aby mógł działać efektywnie, potrzebuje czuć nad sobą „widzialną rękę” wszechmocnych regulatorów. W dodatku, czym większy rynek, tym więcej trzeba regulacji;
- unijni regulatorzy są lepsi, efektywniejsi i mniej skłonni do ulegania grupom interesu niż ich koledzy na poziomie państw członkowskich. Krótko mówiąc, im odleglejsza (od obywateli) władza i czym większe kontroluje terytorium, tym lepiej.
Nie ma potrzeby dodawać, że nie zgadzam się z powyższymi przekonaniami. Po prostu nie wierzę w ten konglomerat koncepcji, którego głównymi cechami są ekstremalny eklektyzm i brak jakiejkolwiek ideowej konsystencji. Nie znalazłem dotąd lepszego określenia, dlatego do oznaczenia owej ideologii używam terminu „europeizm” .
Można by wręcz odnieść wrażenie, że światopogląd ten, dzięki swej eklektycznej strukturze, jest żywym dowodem końca ideologii, zwycięstwem pragmatyzmu oraz argumentacji czysto technicznej, wyrazem wiary w czystą, altruistyczną współpracę, w której nie ma miejsca na przeciwstawne interesy, zaufaniem do rozwiązań typu „win-win” (nota bene to ostatnie pojęcie jest tak absurdalne, że bije na głowę wszystkie terminologiczne wynalazki George’a Orwella).
Nasze zadania są jednak zupełnie inne. Nie powinniśmy „europeizować” naszych problemów. Przeciwnie – musimy walczyć o zachowanie podstawowych wolności obywatelskich, politycznych i ekonomicznych. Do tego potrzebujemy ramy instytucjonalnej, która umożliwiłaby istnienie tych wolności. Potrzebujemy rynków nie podlegających regulacjom. Potrzebujemy państw, które zagwarantują ochronę zasady rządów prawa. Alternatywą dla tych rozwiązań jest Europa „post – państwowa”, z post-demokracją i społeczeństwem sterowanym.
Potrzebujemy Nowej Europy, Europy bez europeizmu. Potrzebujemy Europy wolności gospodarczej, Europy rządów minimalnych, Europy bez państwowego paternalizmu, Europy bez pseudo-moralności politycznej poprawności, Europy bez intelektualnego snobizmu i elitaryzmu, Europy bez ponad-narodowych i kontynentalnych ambicji. Gdyby z drugiej strony Atlantyku ktoś taką Europę chciał nazwać „Nową Europą”, nie miałbym nic przeciwko. Tyle tylko, że muszę ponownie podkreślić, od takiej Europy dzieli nas jeszcze ogromna odległość, a w dodatku w chwili obecnej poruszamy się raczej w przeciwnym kierunku.
Przemówienie „Europejskie problemy i pseudo-problemy” było wygłoszone 20. 10. 2004 w brytyjskiej Izbie Gmin brytyjskiego parlamentu na konferencji Bruges Group. Drukiem ukazało się w biuletynie praskiego Centrum Gospodarczo-Politycznego CEP 11/2004.
Tłum. Maciej Ruczaj