Pożytki z interwencji w Iraku
„Pośrednie, regionalne skutki obalenia Saddama Husajna są – przynajmniej dotychczas – nie-zwykle pozytywne.” To zdanie, zamieszczone w książce „Imperium Americanum?”, zostało napisane z początkiem 2004 r. i uzupełnione przykładami. Teraz, rok później i dwa lata po interwencji w Iraku, można by je tylko uściślić, pisząc o pozytywnych skutkach „regional-nych i globalnych” i dodając, że są to skutki „bezpośrednie i pośrednie”.
Irak
Jeszcze przed rozpoczęciem inwazji było oczywiste, że Stany Zjednoczone nie mają planu politycznego na okres po zakończeniu działań zbrojnych. To był błąd strategiczny, do którego dołączyło się wiele błędów taktycznych, wynikających z nieznajomości (lub zlekceważenia) zarówno ogólnych reguł rządzących społeczeństwem należącym do cywilizacji islamskiej, jak i specyfiki irackiej. W rezultacie Irakijczycy czują się gnębieni przez codzienne trudności bytowe, jak np. deficyt energii elektrycznej i wody, a okresowo nawet benzyny, pogłębia się bezrobocie, a ponadto pogorszyło się ich poczucie bezpieczeństwa.
Podstawowymi przyczynami codziennych deficytów są zarówno zaniedbania inwestycyjne powstałe w okresie rządów Husajna, jak i nieudolność samych Irakijczyków i sił stabilizacyj-nych w przezwyciężaniu trudności. Dodatkowym, bardzo istotnym czynnikiem są zamachy terrorystyczne, destabilizujące życie mieszkańców i często skierowane przeciw działaniom zmierzającym do przywrócenia normalnego funkcjonowania infrastruktury i sfery produkcyjnej.
Rozkwit terroryzmu na terenie Iraku jest głównym zarzutem kierowanym obecnie przeciw słuszności interwencji w tym państwie. Jest to – wbrew pozorom – zarzut niesłuszny. Rze-czywiście, do wiosny 2003 r. w Iraku nie było zamachów terrorystycznych, nie grasowali tam międzynarodowi terroryści islamistyczni. Nie znaczy to jednak, że nie było tam wtedy ofiar terroryzmu. Z szacunków zbiorczych za lata 1968-2003 wynika, że państwowy terroryzm Saddama Husajna powodował przez 35 lat śmierć przeciętnie 28,6 tys. osób rocznie i 80 dziennie. Na szczęście indywidualni terroryści nie tylko nie zdołali zbliżyć się do tego wyni-ku, ale – co więcej – ich aktywność zmalała po wyborach o połowę. Następną sprawą jest terytorialny zasięg działania terrorystów islamistycznych. Zapytajmy wykształconego, intere-sującego się polityką Europejczyka, ile nazw irackich miast może wymienić. Przypuszczalnie rekordzista nie przekroczy liczby 8, najwyżej 10. Będą to nazwy związane z mającymi tam miejsce zamachami, znane dzięki przekazom medialnym. Oprócz 4,5-milionowego, miesza-nego wyznaniowo i etnicznie Bagdadu, w ogromnej większości będą to (a przynajmniej były do tej pory) miasta tzw. trójkąta sunnickiego. Całe pozostałe terytorium dużego kraju (435 tys. km2) jest spokojne, a zamieszkująca je ludność bezpieczna. Oczywiście nie znaczy to, że kilka milionów ludzi w owych 8-10 miastach może czuć się bezpiecznie, i że punktowe za-machy nie destabilizują sytuacji w całym Iraku, ale przesada w relacjonowaniu i komentowa-niu krwawych incydentów prowadzi do głoszenia nieprawdy.
Przez półtora roku po 11 września 2001 r. al Kaida nie była w stanie dosięgnąć ponownie Amerykanów, którzy podwyższyli mury swojej oceanicznej fortecy. Kiedy wreszcie z niej wyszli na otwarte pole, było oczywiste, że terroryści nie przepuszczą okazji, by ponownie ich ugodzić. Tzw. partyzantka postsaddamowska miała w tym swój udział, lecz główne siły nad-ciągnęły z zewnątrz, wysłane przez islamistów. Górska granica z Iranem i pustynna z Syrią nigdy nie będą całkowicie szczelne, można jednak mieć pretensje do strony amerykańskiej, że nie przyjęła taktyki ciągłego, a nie tylko sporadycznego, jak do tej pory, nękania terytorium tych dwóch sąsiadujących z Irakiem państw krótkimi wypadami, które przynajmniej do pew-nego stopnia zniechęciłyby Teheran i Damaszek zarówno do wysyłania własnych agentów do Iraku, jak i do ułatwiania członkom al Kaidy przenikania do tego kraju. Wspomniana taktyka ciągle jeszcze byłaby użyteczna i powinna by być zastosowana w najbliższej przyszłości.
Po wyborach powszechnych w Iraku coraz większa liczba zamachów zaczyna być kierowana przeciw zwycięskim szyitom. Niektórzy mówią o nadciągającej wojnie domowej między (arytmetycznie) przegranymi sunnitami a szyitami, sławiąc przy tym cmentarny spokój okresu dyktatury. Replika brzmi następująco. W Iraku, i w ogóle na Bliskim Wschodzie, stan zamro-żenia stosunków społecznych i politycznych, zamrożenia sytuacji geopolitycznej i geostrate-gicznej, porównywalny do stanu, w jakim znajdowała się Europa w okresie pojałtańskim do 1989 r., trwał tak długo, że byłoby złudzeniem spodziewać się, zarówno z racji specyficznych cech tamtejszych społeczeństw, jak głębokości koniecznych przemian, że te ostatnie mogą się odbyć i obyć bez ofiar. Bliski Wschód nie ma nic wspólnego z Czechami i Słowacją, ani ze Słowenią. Im dłużej trwałby ów stan zamrożenia, tym większe byłyby ofiary, co oczywiście nie zmienia faktu, że są one tragiczne. Dlatego proces „odmrażania” musi trwać w Iraku i powinien jak najszybciej rozpocząć się w pozostałych krajach regionu.
Wiosna ludów na Bliskim Wschodzie?
Fakty są znane i powszechnie – choć różnie – komentowane. Zwycięstwo umiarkowanego Mahmuda Abbasa w wyborach prezydenckich w Palestynie, wysoka frekwencja wyborcza – pomimo gróźb terrorystów – w wyborach do zgromadzenia narodowego Iraku, pierwsze w historii Arabii Saudyjskiej jakiekolwiek wybory (do rad municypalnych, ćwierćwolne, po-nieważ żeńska połowa społeczeństwa jest z nich wykluczona, a połowa składu rad będzie pochodzić z nominacji), w znacznej mierze spontaniczne demonstracje Libańczyków przeciw obecności wojsk syryjskich (i równie mało spontaniczne kontrdemonstracje), zapowiedź do-puszczenia więcej niż jednego kandydata do wyborów prezydenckich w Egipcie – to wszyst-ko powoduje, że część komentatorów uznała, że w regionie zaczyna się „rewolucja wolności”, a inni uważają, iż są to fakty powierzchowne i bez większego znaczenia dla przyszłości re-gionu. Żadna z tych skrajnych opinii nie jest słuszna.
Jest rzeczą niewątpliwą, że system rządów autorytarnych (monarchicznych i dyktatorskich) został wytrącony z bezruchu. Nic już nie będzie takie jak dawniej, ale otwartą kwestią pozostaje zarówno tempo zmian, jak i ich ostateczny wynik. Zmiany zostały zainicjowane przez czynnik zewnętrzny, czyli przez powszechnie potępianą interwencję w Iraku. Jednak Amerykanie – wbrew przekonaniu ich politycznych przeciwników i niektórych formalnych sprzy-mierzeńców - rozumieją, że demokracji, szczególnie w wersji zachodniej, nie da się importo-wać jako gotowego produktu. Prezydent George W. Bush zupełnie niepotrzebnie zaczął w zeszłym roku przyznawać, że interwencja w Iraku nie w pełni osiągnęła swoje cele. Trzy cele bezpośrednie, krótkoterminowe (pozbawienie Iraku broni masowego rażenia lub możliwości wyprodukowania i użycia jej, likwidacja ludobójczego reżimu, wyrwanie Iraku z kręgu państw popierających terroryzm, niekoniecznie islamistyczny) były prawdziwe, ale deklaro-wane głównie na użytek opinii publicznej, jako łatwe do zrozumienia. („New York Times”, z wyjątkiem Thomasa Friedmana, do tej pory udaje naiwnego prostaczka). Nie można było bowiem oczekiwać, że ludzie zrozumieją i poprą wyrzeczenia i straty w imię odległego celu strategicznego. (Dlatego nie jest słuszna wyrażona we wstępie do książki „Irak. Rok I”, pod red. Stéphane Courtoisa, opinia, że zatajenie celu strategicznego było propagandowym błę-dem). Prawdziwym, długofalowym, wręcz historycznym celem interwencji było natomiast udzielenie pomocy krajom arabskim w ich przekształceniu się w myśl zaleceń Arab Human Development Report 2002. Ten sporządzony przez arabskich ekspertów i intelektualistów raport wskazywał, że trzy główne przyczyny zacofania regionu to brak wolności politycznej, dyskryminacja (wykluczenie z życia społecznego) kobiet oraz niski poziom edukacji. Jedyną słabością raportu był brak wskazania realnych sił wewnątrz krajów arabskich, które byłyby zdolne wprowadzić w życie zalecenia autorów. Sił takich po prostu dziś nie ma, a jeżeli nawet w nielicznych krajach są, to nie dysponują wystarczającymi wpływami, czyli są „nierealne”. Skoro ani obecne władze, ani elity intelektualne, ani tym bardziej islamiści nie są lub nie by-liby w stanie zainicjować procesu modernizacji krajów arabskich, to wniosek jest taki, że im-puls musiał nadejść z zewnątrz. Zgadza się z tym wielu nieuprzedzonych do Zachodu Arabów (Fouad Ajami, Kanan Makiya, Fareed Zakaria, Khalid Kishtaini, i inni).
W przemówieniach w Bundestagu w maju 2002 r. i w Krakowie 31 maja 2003 r. prezydent George W. Bush zasygnalizował, a w orędziu o stanie państwa w styczniu 2004 r. skonkrety-zował cel „ofensywnej strategii wolności” na Bliskim Wschodzie (udzielenie pomocy w prze-kształceniu tamtejszej ludności w społeczeństwa obywatelskie) i metody jej realizacji (przede wszystkim finansowanie powstawania i umacniania instytucji demokratycznych). W maju 2004 r. przywódcy 22 państw członkowskich Ligi Arabskiej poczuli się zmuszeni wydać de-klarację zgodną z inicjatywą bliskowschodnią Busha, która jest przecież wymierzona w ich autorytarną władzę. Otrzymaliśmy zatem kolejny, po interwencji w Iraku, choć tym razem tylko werbalny i nieszczery, dowód pozytywnego wpływu „elementu obcego” na stworzenie szansy rozpoczęcia procesów modernizacyjnych na Bliskim Wschodzie. W czerwcu 2004 r. przywódcy grupy G-8 postanowili włączyć się politycznie i finansowo w realizację inicjatywy Busha na zasadzie unilateralnej. Tymczasem o wiele efektywniejsze byłoby zastosowanie się do rady zawartej w raporcie amerykańskiej fundacji German Marshall i tureckiej fundacji TESEV, zalecającej skupienie rządowych środków finansowych, przeznaczonych na wspiera-nie „ofensywnej strategii wolności”, w amerykańsko-europejskiej fundacji pozarządowej. „Nowa strategia bliskowschodnia wymaga od Ameryki i Europy ścisłego współdziałania. [...] strategia bliskowschodnia winna być koordynowana na linii Waszyngton – Bruksela.” Nieste-ty ten warunek nie będzie możliwy do spełnienia tak długo, jak stosunki między Ameryką a Europą będą się charakteryzowały unilateralizmem USA i postawą rywalizacyjną UE wobec Ameryki, a sama Unia Europejska nie będzie w stanie stworzyć wspólnej polityki zagranicz-nej i obronnej. Niektórzy łudzą się, że demokracja bliskowschodnia będzie kopią demokracji zachodniej. Do niczego takiego nie dojdzie; ewentualna demokracja bliskowschodnia tak będzie się miała do zachodniej, jak islam arabski do indonezyjskiego. Inni obawiają się, że na procedurach demo-kratycznych najbardziej wygrają islamiści i to oni obejmą władzę, aby natychmiast zlikwido-wać wszelkie swobody niezgodne z ich pojmowaniem doktryny wiary i użyć potencjału opa-nowanych przez siebie państw przeciwko Zachodowi. Tak rzeczywiście mogłoby się stać w większości państw regionu, gdyby reguły demokratyczne zostały natychmiast, nagle, ofiaro-wane, wręcz narzucone tamtejszym społeczeństwom przez Zachód. Z demokracji trzeba umieć korzystać, trzeba się tego nauczyć, a do tego potrzebne są lata praktyki, czyli wykształ-cenie się tradycji demokratycznych. Tym, co powinno zaprzątać uwagę polityków i anality-ków zachodnich, jest zatem kwestia sposobu zaimplantowania demokracji na Bliskim Wschodzie, znalezienia odpowiedzi na pytanie, jak będzie przebiegał ten proces. Do tej pory mamy trzy przykłady politycznych i cywilizacyjnych zmian systemowych w tym regionie.
W Libanie Francuzi wprowadzili 60 lat temu system „parytetowej” demokracji przedstawi-cielskiej, który wyczerpał się już ćwierć wieku temu, przede wszystkim na skutek zmian w strukturze religijno-etnicznej społeczeństwa (interwencja Syrii była sprawa wtórną). W Turcji Mustafa Kemal Pasza (Atatürk) już w latach 30. podjął próbę totalnej westernizacji społe-czeństwa, czyli zmiany jego przynależności cywilizacyjnej. Być może próba ta zakończy się ostatecznym powodzeniem. W latach 70. w Iranie szach Mohamed Reza Pahlavi zdawał się iść w ślady Atatürka, poniósł jednak klęskę. Przyczyny tego można się dopatrywać w różnicy między obu reformatorami. Atatürk, bohater wojny o integralność Turcji właściwej, był poza wszelkimi podejrzeniami ze strony społeczeństwa, natomiast szach nie dość, że był uznawany za uzurpatora, to na dodatek podejrzewany był o służenie obcym interesom, a ponadto niektó-re jego działania przyjmowane były jako obraza religii. Tak czy inaczej, z obu ostatnich przy-kładów wyłania się jednak wniosek, że na Bliskim Wschodzie jedynym sposobem wprowa-dzenia demokracji może być – paradoksalnie – narzucenie jej społeczeństwom odgórnie przez rodzime siły (obecnie robi to m.in., oczywiście połowicznie i z przyczyn raczej ambicjonal-nych, emir Bahrajnu).
Skoro sił wewnętrznych, zainteresowanych autentyczną demokratyzacją, obecnie brak, a dzia-łania Zachodu nie mogą ich zastąpić, to zadaniem Zachodu jest znalezienie potencjału takich sił, wyedukowanie go, a następnie wsparcie w walce z autorytarnymi władzami o przejęcie rządów. Problem w tym, że jeśli taka strategia ma być skuteczna, to powinna być koordyno-wana i zgodnie realizowana przez wszystkie najważniejsze państwa zachodnie, a niestety nie jest. Francja
Kiedy antysyryjskie demonstracje Libańczyków zostały poparte nie tylko przez Stany Zjed-noczone, ale i przez Francję, w umysłach ludzi mniej zorientowanych zrodziła się niepew-ność: czy zgodność stanowisk obu członków NATO oznacza, że Francja uznała słuszność, pożyteczność i skuteczność amerykańskiej polityki wobec Bliskiego Wschodu, oraz przyjęła wyciągniętą do zgody dłoń prez. Busha, i w konsekwencji zrezygnowała z forsowania swoich groteskowych ambicji mocarstwowych na rzecz Realpolitik, czy też we francuskim komuni-kacie ktoś przez nieuwagę opuścił słowa „ne pas”. Wkrótce okazało się, że w pałacu Mati-gnon i na Quai d’Orsay wszystko jest po staremu, kiedy prezydent Jacques Chirac, pozornie bez żadnego ważnego powodu, zaprosił prezydenta Władimira Putina do złożenia półprywat-nej wizyty, a na współbiesiadników zaprosił kanclerza Gerharda Schrödera i hiszpańskiego premiera José Luisa Rodrigueza Zapatero. Dwaj ostatni przyjęli zaproszenie bez wielkiego entuzjazmu, czemu nie należy się dziwić, bowiem spotkanie tej czwórki nie zasługuje nawet na miano Salonu Odrzuconych, ponieważ uczestnicy tego prawdziwego Salonu z 1884 r. (zwanego oficjalnie Salonem Niezależnych) stali się wkrótce potem czołowymi postaciami w reprezentowanej przez nich dziedzinie (malarstwie), podczas gdy w tegorocznym paryskim obiedzie uczestniczyło dwóch loserów i dwóch nieudaczników.
Powód zaproszenia Putina tylko pozornie nie był ważny z francuskiego punktu widzenia. W rzeczywistości zaproszenie stanowiło sygnał, że Francja nie rezygnuje ze swojej polityki po-wstrzymywania Stanów Zjednoczonych, której celem jest ustanowienie „świata wielobiegu-nowego”, którego jednym z równorzędnych biegunów byłaby właśnie Francja. Polityka ta jest oparta na złudzeniach, resentymentach i nieziszczalnych ambicjach, a tym samym niesku-teczna w wymiarze pozytywnym (a tym samym szkodliwa dla interesu narodowego Francji), lecz może czynić i już uczyniła wiele szkód w zakresie regionalnym i globalnym.
Według rozpowszechnionego porównania Francja i Niemcy stanowią motor integracji euro-pejskiej. Jednak o ile Niemcy przynajmniej do niedawna sprawiały wrażenie, że pragną się wręcz roztopić w europejskim otoczeniu, o tyle Francja zawsze traktowała ideę wspólnej Eu-ropy instrumentalnie, jako środek realizacji własnych interesów narodowych (w rozumieniu jej polityków), a raczej mocarstwowych miraży. Przy kontynuowaniu takiego kursu nie bę-dzie możliwe stworzenie wspólnej europejskiej polityki zagranicznej i obronnej. Paryż otrzy-muje coraz mniej chętne poparcie Niemiec (wynikające ze zmiennej wewnętrznej koniunktu-ry politycznej w Niemczech), Belgii, Luksemburga, okazjonalnie kilku innych państw za-chodnioeuropejskich, oraz Czech. (Czesi mają tradycję przedwojennej współpracy politycznej z Francją, a poza tym skupiają się na współpracy gospodarczej w ramach UE, tak często jak tylko mogą korzystając z okazji by siedzieć cicho w kwestiach globalnych, być może słusz-nie, z uwagi na swój niewielki potencjał). Natomiast Wielka Brytania i kilka innych państw Europy Zachodniej, a także Polska i wielu pozostałych nowych członków Unii Europejskiej, uważają, że polityka UE musi wreszcie zacząć być definiowana na podstawie wspólnego inte-resu Europy, pojmowanego w kontekście całej cywilizacji zachodniej i całej wspólnoty atlan-tyckiej. Faktyczny francuski unilateralizm stoi temu na przeszkodzie. Dobrzy kierowcy wie-dzą, że największą „kulturą pracy” charakteryzują się silniki sześciocylindrowe. Byłoby wskazane, aby inicjatywy zmierzające do poszerzenia grupy państw uzgadniających kierunki polityki europejskiej (lecz nienarzucających swoich uzgodnień pozostałym członkom UE) zostały rychło wcielone w czyn.
Polityka powstrzymywania Stanów Zjednoczonych nie może się obyć bez partnerów spoza Unii Europejskiej. Od czasów prezydentury gen. Charlesa de Gaulle’a Francja reanimuje więc „tradycyjną przyjaźń” z Moskwą, niezależnie od tego, czy na Kremlu rządzi totalitarny ko-munista czy autorytarny quasidyktator. W tym przypadku sprawa jest poważniejsza niż regio-nalne spory w łonie Unii Europejskiej, ponieważ w grę wchodzi solidarność całego Zachodu, niezbędna do jego przetrwania. Istota różnicy między „starą” a „nową” Europą sprowadza się do tego, że ta pierwsza pielęgnuje tożsamość europejską, a ta druga niezwykle silnie, nauczo-na własną historią, dostrzega całość i jedność cywilizacji i tożsamości zachodniej. Europa może przetrwać tylko jako część Zachodu (to samo dotyczy w dłuższej perspektywie Stanów Zjednoczonych), zatem to punkt widzenia „nowej” Europy jest słuszny. Tymczasem Francja poszukuje oparcia dla swoich partykularnych interesów (a raczej dla wyobrażenia polityków o tych interesach, ponieważ opinie coraz większej liczby francuskich analityków stają się coraz bardziej krytyczne) nie tylko w Moskwie, ale nawet w Pekinie, chociaż Chińczycy jak zwykle zachowują się wstrzemięźliwie w polityce.
Rosja
Mówi się, że prez. Putin był pierwszą głową państwa, która zatelefonowała do prez. Busha po zamachach 11 września. Jest natomiast pewne, że zaoferował swojemu rozmówcy strategicz-ny sojusz antyterrorystyczny i oferta została przyjęta. Atak na Afganistan był oczywistością, ogólny plan inwazji na Irak był gotowy już dawno i Bush wiedział, że aby zrealizować zwłaszcza ten pierwszy projekt, będzie potrzebował życzliwej neutralności Kremla wobec amerykańskiej obecności wojskowej w postradzieckiej Azji Środkowej. Oferta Putina była dla Waszyngtonu warta swojej ceny, czyli przede wszystkim przymknięcia oczu na rosyjskie po-czynania w Czeczenii i prestiżowego dowartościowania Moskwy. Ponadto można się było spodziewać, że Rosja – rzeczywiście zagrożona wpływami islamistycznymi na całej połu-dniowej granicy od Kaukazu po Chiny – będzie szczerze współpracować z Zachodem w tę-pieniu terrorystów oraz w niszczeniu i izolowaniu ich zaplecza państwowego.
Rozczarowanie postawą Rosji narastało powoli. Sprzeciw wobec traktowania czeczeńskiej ludności cywilnej en bloc jako terrorystów długo nie był oficjalnie, a nawet poufnie, wyraża-ny przez Zachód. Przełom nastąpił dopiero jesienią 2004 r., a jego bezpośrednią przyczyną było zachowanie Moskwy po zamachu terrorystycznym na szkołę w Biesłanie. Putin uznał, że najlepszą metodą rozprawienia się z czeczeńskim terroryzmem będzie zlikwidowanie ledwie pączkującej rosyjskiej samorządności od Smoleńska po Kamczatkę, poprzez zniesienie obie-ralności gubernatorów i powoływanie ich przez Kreml. Jeżeli dodać do tego wcześniejsze stopniowe zlikwidowanie opozycji parlamentarnej i niezależnej od władz telewizji i większo-ści gazet, oraz aresztowanie Michaiła Chodorkowskiego nie za to, że ukradł pierwszy milion, lecz za to, że postanowił prowadzić uczciwy biznes i część pieniędzy przeznaczyć na finan-sowanie antykremlowskiej opozycji, to proces przekształcania Rosji w państwo autorytarne zaczął być kompromitujący nie tylko dla samej Rosji, ale i dla państw uznających ją za swo-jego sojusznika.
Co więcej, i co ważniejsze, niemal równocześnie okazało się, że Rosja jest nieszczerym so-jusznikiem w walce z terroryzmem. Podczas gdy Unia Europejska i Stany Zjednoczone zgod-nie współpracują nad powstrzymaniem Iranu przed wejściem w posiadanie broni atomowej, Rosja nie widzi problemu i zapowiada dostarczenie Teheranowi wyposażenia i materiałów rozszczepialnych, bez dostatecznych gwarancji ich wyłącznie pokojowego wykorzystania. Kiedy pojawiła się wątła na razie szansa rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego, Ro-sja dostarcza broń Syrii. Iran i Syria są jedynymi państwami w swoim regionie opowiadają-cymi się przeciwko pokojowemu rozwiązaniu konfliktu izraelsko-palestyńskiego, i podsyca-jącymi jego trwanie poprzez finansowanie i zbrojenie Hezbollahu, Hamasu, Islamskiego Dżi-hadu i Zbrojnych Brygad Męczenników al-Aksa. Biały Dom musiał więc zadać sobie pytanie: co to za sojusznik, który wspomaga moich wrogów?
Na razie pytanie to nie zostało wyartykułowane głośno; być może chodzi nie tylko o niezry-wanie kontaktów z Rosją, aby nie pozbawiać się choćby minimalnego wpływu na jej politykę, ale i o nadzieję, że powróci ona na ścieżkę ku demokracji. Taka nadzieja, przynajmniej w odniesieniu do najbliższej przyszłości, jest jednak bliska mrzonce. W wygłoszonym 25 kwiet-nia 2005 r. orędziu o stanie państwa prezydent Putin stwierdził, że „rozpad Związku Radziec-kiego to największa katastrofa geopolityczna XX wieku”. Wbrew dziesiątkom oficjalnych i nieoficjalnych wypowiedzi dezawuujących tę opinię, jest ona historycznie słuszna. Problem Rosji polega jednak na tym, że mogła to być „piękna katastrofa”, gdyby Kreml był zdetermi-nowany w dążeniu do przekucia ją w zwycięstwo demokracji i państwa prawa w Rosji. Tym-czasem trudności (zwłaszcza dwóch pierwszych lat) w dążeniu do tego celu zwolna doprowa-dziły do głębokiego regresu, i używając obecnie określenia „katastrofa” Putin wyraża wy-łącznie nostalgię za utraconą „wielkością” państwa, uważaną za najwyższą wartość, wręcz wartość samą w sobie.
Rosja po raz kolejny znajduje się na rozdrożu swoich dziejów. Paradoks jej sytuacji polega na tym, że coraz wyraźniej powraca ona do idei restytucji swojej pozycji mocarstwa światowego, nie mając żadnych szans na urzeczywistnienie tej idei.
Kilkanaście lat temu były kanclerz Helmut Schmidt pozwolił sobie na mało dyplomatyczne porównanie: Rosja to Górna Wolta z rakietami. To nieprecyzyjne porównanie, nie tylko dla-tego, że w 1984 r. Górna Wolta zmieniła nazwę na Burkina Faso. Rosja jest baryłką ropy naf-towej z rakietami. Sektor naftowy i gazowy stanowi około połowy potencjału gospodarczego i finansowego Rosji, zbliżając ją pod tym względem do klasycznych monokultur naftowych. Kolejne podobieństwo polega na tym, że Rosja nie umie lub nie chce wykorzystać znakomitej koniunktury na ceny ropy, która nie potrwa wiecznie, na inwestycje rozwojowe skierowane w przyszłość. W przypadku na przykład Arabii Saudyjskiej lub saddamowskiego Iraku wiemy jednak, na co przeznaczono dochody z importu ropy – na bezsensowne zbrojenia, na budow-nictwo reprezentacyjne i na konsumpcję elit panujących. Natomiast w przypadku Rosji nie wiadomo, gdzie podziały się pieniądze; zachodzi podejrzenie, że w ogromnej większości zniknęły w czeluściach korupcji. Głównym kanałem przechwytywania państwowych pienię-dzy jest zaś wojna w Czeczenii. Nie jest to duża wojna, ale każda wojna jest zdolna pochłonąć dowolnie dużą ilość pieniędzy, jeśli tylko znajdą się osoby tym zainteresowane. Należy się obawiać, że wojna w Czeczenii potrwa tak długo, dopóki albo ludzie zainteresowani finanso-wo w jej trwaniu będą decydować o polityce rosyjskiej, albo nie zniknie ostatni Czeczen.
Niezdolność do dokonania zasadniczego postępu cywilizacyjnego nie jest jedyną przyczyną, dla której Rosja nie odzyska pozycji mocarstwa światowego. Co więcej, nie jest to najważ-niejsza przyczyna, ponieważ należy jednak mieć nadzieję, że kiedyś ustąpi ona. O wiele do-nioślejszym powodem są nieodwracalne perspektywy demograficzne Rosji.
Obecnie Rosję zamieszkuje niewiele ponad 140 mln osób. Według prognoz UNDP w 2010 r. będzie ich ok. 130 mln, a w 2050 r. ok. 70 mln. Według szacunków Hoover Institution w 2200 r. będzie żyło 23 mln Rosjan. Ostatnia część twierdzenia Putina, zawartego we wspo-mnianym orędziu, że Rosja „była, jest i oczywiście będzie największym narodem europej-skim” pozostaje w sprzeczności zarówno z rzeczywistością, jak i z jego własnymi słowami, wygłoszonymi 8 lipca 2000 r. Ogromna większość Rosjan zamieszkuje europejską część kra-ju i południową część zachodniej Syberii. Natomiast na obszarze między Leną a Oceanem Spokojnym mieszkało w1989 r. mniej niż 8 mln Rosjan, a od tej pory liczba ta zmalała co najmniej o 800 tys. tylko w odniesieniu do Dalekiego Wschodu, bez uwzględnienia wschod-niej Syberii. W miejsce Rosjan wchodzą Chińczycy, których liczebność jest szacowana na 2 do 5 mln. Jeżeli odpływ Rosjan i napływ Chińczyków będą trwać, to – dodając do tego wyci-szoną ostatnio kwestię chińskich roszczeń do terenów położonych na północ od Amuru – nie ma wątpliwości, że utrzymanie przez Rosję terytoriów na wschód od Leny jest w dłuższej perspektywie czasu niemożliwe. Podobnie sądzą m.in. Héléne Carrére d’Encausse, Zbigniew Brzeziński i Samuel P. Huntington. Prawdopodobnie rosyjska elita władzy przynajmniej do-myśla się tego, tak bowiem można wnioskować na podstawie analizy polityki Kremla (zresztą Putin w lipcu 2000 r. otwarcie wyraził obawę przed utratą „bezkresnych połaci Syberii”). Po-lityka ta wychodzi z założenia, że tylko odzyskanie przez Rosję pozycji mocarstwowej zapo-biegnie nieuchronnemu. Z kolei mocarstwowość Rosji pojmuje się jako ponowne podporząd-kowanie sobie Ukrainy i odzyskanie wpływów na obszarze „bliskiej zagranicy”, czyli dawne-go radzieckiego imperium wewnętrznego. Na Kremlu ciągle dominuje więc myślenie w prze-brzmiałych kategoriach ekstensywnych (terytorium jako źródło potęgi), zamiast dążenia do modernizacji cywilizacyjnej, która rzeczywiście podniosłaby międzynarodowy status Rosji.
Geostrategicznym celem reunifikacji Rosji i Ukrainy jest takie wzmocnienie Rosji w stosunku do Chin (a przy okazji oczywiście również w stosunku do Europy), aby Moskwa była zdolna oprzeć się naporowi Pekinu. Gdyby zaś zamiar ten nie powiódł się, to Ukraina byłaby swego rodzaju rekompensatą dla Rosji za utratę części Syberii i poprawiałaby pozycję Kremla w staraniach o członkostwo w strukturach Zachodu.
W tym kontekście „pomarańczowa rewolucja” na Ukrainie była straszliwym ciosem zadanym w plany imperialne Rosji (tym bardziej, że na strategicznie ważnym Kaukazie wcześniej wy-emancypowała się już Gruzja). Co więcej, Kreml nie przyjął do wiadomości, że rewolucja ta nie była importowana z Zachodu, że żadna pomoc Zachodu, która oczywiście była udzielana Ukraińcom, nie byłaby w stanie nie tylko zapewnić rewolucji zwycięstwa, ale nawet zaini-cjować jej, gdyby nie wola samych Ukraińców. Kreml jest przekonany, że padł ofiarą za-chodniej dywersji, gdy tymczasem padł ofiarą własnej polityki i niekompetencji manipulato-rów mieniących się politologami.
Miarą frustracji Moskwy jest seria jej ataków na Polskę, słusznie uważaną za głównego pro-motora ukraińskiej niezależności, a niesłusznie za jej sprawcę. Wspólna akcja wrogich sobie polityków polskich na Ukrainie i jednoczesne zmuszenie przez Polskę Unii Europejskiej do zaangażowania się w tę akcję świadczy, że w rzeczywiście doniosłych momentach historycz-nych niektórych polityków, nawet wyszydzanych i nieudolnych, stać na wielkość. W ślepym rewanżu Moskwa m.in. odmówiła wydania Polsce kompletu dokumentów dotyczących zbrodni katyńskiej, opublikowała ocenę konferencji jałtańskiej mającą w zamierzeniu znie-chęcić prezydenta RP do udziału w obchodach 60. rocznicy zwycięstwa nad nazistowskimi Niemcami, oskarżyła Polskę o popieranie terroryzmu (Polska jako jedyne państwo oficjalnie potępiła zabicie umiarkowanego prezydenta Czeczenii Asłana Maschadowa, ustami ministra spraw zagranicznych określając ten akt klasycznym cytatem: „To gorzej niż zbrodnia, to poli-tyczny błąd”), posunęła się do internetowego ataku na polski tygodnik, przypisując mu opu-blikowanie artykułu nawołującego do podziału Ukrainy, a wreszcie odmówiła potwierdzenia potępienia paktu Ribbentrop – Mołotow (w 1989 r. uczyniła to izba niższa Rady Najwyższej ZSRR), deklarując w związku z tym m.in, że aneksja Litwy, Łotwy i Estonii w 1940 r. była zgodna z prawem międzynarodowym. To ostatnie sugerowałoby, że Kreml nie respektuje zasady pacta tertiis nec nocent nec prosunt, a także zasady pacta servanda sunt, którą zawarcie paktu Ribbentrop – Mołotow złamało w odniesieniu np. do Polski.
Obecna faza stosunków rosyjsko-polskich nie jest niczym nowym jakościowo, odzwierciedla bowiem ogólny kurs rosyjskiej polityki zagranicznej w ostatnich latach. Polityka ta polega na wykorzystywaniu własnych wpływów gospodarczych (eksport surowców, bynajmniej nie tylko ropy i gazu) i infiltracji agenturalnej w celu ekonomicznego osłabiania i politycznego kompromitowania zwłaszcza nowych członków NATO i Unii Europejskiej (swoich niedaw-nych satelitów) i – tym samym – nadwerężania spójności obu tych zachodnich struktur mię-dzynarodowych. Nie mogąc skutecznie przeciwstawić się rozszerzeniu NATO i UE, Putin posłużył się zasadą swojego ulubionego sportu: „ustąp aby zwyciężyć”. Rosja ciągle postrze-ga Zachód jako swojego przeciwnika i gra na jego wewnętrzne rozbicie, w nadziei przecią-gnięcia jego części na swoją stronę, trwając w złudzeniu, że odbudowa jakiegoś rodzaju impe-rium jest możliwa i zapobiegnie sprowadzeniu Rosji przez Chiny do geopolitycznych wymia-rów państwa europejskiego. Wypada stwierdzić, choć opinia ta niewątpliwie wzburzy wielu spośród tych, do których do-trze, że na płaszczyźnie oficjalnej polski rząd nie może wiele uczynić dla poprawy stosunków z Rosją. Przy obecnym stanie świadomości historycznej i politycznej rosyjskiej warstwy rzą-dzącej i społeczeństwa rosyjskiego, Moskwę mogłoby bowiem zadowolić wyłącznie zaakcep-towanie jej kuriozalnego stanowiska odnośnie jej radzieckiej przeszłości i jej obecnych prio-rytetów geopolitycznych i geostrategicznych. Konstruktywny dialog polsko-rosyjski na płasz-czyźnie politycznej jest niemożliwy, ponieważ strona rosyjska reprezentuje mentalność so-wiecką, całkowicie obcą kulturze i mentalności Zachodu. Jedyną szansą dla poprawy stosun-ków polsko-rosyjskich, jaką polskie władze mogą wykorzystać, jest nawiązanie i podtrzyma-nie intensywnego dialogu z prozachodnimi siłami demokratycznymi w Rosji i oczekiwanie, że ten długotrwały proces zaowocuje w odległej przyszłości. Nasuwa się tu gorzka analogia sytuacji wewnętrznej Rosji i większości krajów muzułmańskich: jak to napisano na zakoń-czenie rozdziału „Wiosna ludów na Bliskim Wschodzie?”, „zadaniem Zachodu jest znalezie-nie potencjału takich sił, wyedukowanie go, a następnie wsparcie w walce z autorytarnymi władzami o przejęcie rządów. Problem w tym, że jeśli taka strategia ma być skuteczna, to powinna być koordynowana i zgodnie realizowana przez wszystkie najważniejsze państwa zachodnie, a niestety nie jest.”
Chiny
Polityczne ożywienie społeczeństw bliskowschodnich nie ma bezpośredniego wpływu na po-litykę Pekinu, chociaż nie można wykluczać, że będzie miało wpływ na zachowanie chińskich Kazachów, zwanych Ujgurami, muzułmanów zamieszkujących Sinciang, czyli Turkiestan Wschodni w zachodnich Chinach. Jednak wpływ pośredni będzie niewątpliwy, bo jeśli okaże się ostatecznie, że na Bliskim Wschodzie „Bush miał rację” (jak w „Newsweeku” z 14 marca napisał Fareed Zakaria), to ulegną zmianie proporcje stosunków Chin z USA, Francją i Rosją. W ciągu ostatniego półwiecza Rosja miała być dla Francji przeciwwagą w stosunkach Paryża z Ameryką, ale dla Putina i jego poprzedników de Gaulle i jego następcy byli tylko „poży-tecznymi idiotami”, jak ująłby to Lenin. Kreml chętnie podsycał antyamerykańskie resenty-menty Francuzów, ale zawsze uważał, że prawdziwą politykę robi się z Ameryką. Jeżeli kata-strofa francusko-niemieckiej „polityki” w kwestii interwencji w Iraku sięgnie dna, a Rosja straci status strategicznego partnera USA w wojnie z terroryzmem, to Chiny zostaną drugim obok USA wielkim wygranym tej interwencji (abstrahując od społeczeństw bliskowschod-nich). Będzie to miało wpływ na pozycję Chin wobec przegranych.
Mylą się ci, którzy sądzą, że już w 2010 r. lub niewiele później Chiny staną się supermocar-stwem zagrażającym pozycji Stanów Zjednoczonych. Być może nie dojdzie do tego w całej dającej się przewidzieć przyszłości. Jednak Chiny zmierzają do umocnienia i rozszerzenia swojej pozycji jako dominującego mocarstwa regionalnego, a jednocześnie coraz silniej i na coraz większą skalę będą odczuwały społeczne, ekonomiczne, surowcowe, przestrzenne, in-frastrukturalne i polityczne bariery wzrostu. Kombinacja tych dwóch czynników prawdopo-dobnie będzie je skłaniać do ekspansji terytorialnej, której celem byłoby zarówno przełamanie barier wzrostu, jak i neutralizacja powszechnego niezadowolenia społeczeństwa poprzez roz-budzenie nacjonalistycznej histerii. Ekspansja nie byłaby jednak skierowana na południe, jak przewiduje Huntington, ponieważ spotkałaby się tam z silnym oporem koalicji, na której cze-le stałyby Stany Zjednoczone, ale na północ, na opuszczane przez Rosjan a zasiedlane przez Chińczyków tereny Dalekiego Wschodu i Syberii.
Oczywiste są dwie rzeczy. Po pierwsze, Rosja nie jest i nie będzie w stanie wykorzystać go-spodarczo obszaru na wschód od Bajkału z powodu braku kapitału i siły roboczej. Inwesty-cyjne „kontrakty japońskie” nic tu nie pomogą, gdyż w ostatniej chwili Tokio rozsądnie usu-nie się z linii strzału. Po drugie, nie byłaby w stanie obronić tego obszaru przed zdecydowa-nym zagrożeniem militarnym. Wystarczy bowiem permanentne atakowanie i trwałe przerwa-nie linii kolei transsyberyjskiej między Bajkałem a Czytą, aby terytorium od Bajkału do Wła-dywostoku było zdane na łaskę agresora. Prawdopodobnie nawet zmasowana pomoc sił kon-wencjonalnych NATO nie byłaby zdolna zmienić sytuacji. Co najwyżej zamroziłaby tę sytu-ację, tzn. wschodnia Syberia stałaby się ziemią niczyją. Natomiast użycie broni atomowej (do czego prawdopodobnie skłaniałaby się Rosja) przeciw agresorowi, a szczególnie jego ośrod-kom przemysłowym i skupiskom ludności, wywołałoby trzecią wojnę światową, której rezul-tat byłby niepewny, a w każdym razie zależałby od stopnia dysproporcji w poziomach elek-tronicznej defensywnej technologii wojskowej obu stron, oraz od możliwości zniszczenia tej technologii przez przeciwnika.
Wreszcie należy otwarcie stwierdzić, że skoro Rosja nie byłaby w stanie ani wykorzystać ku własnemu pożytkowi wschodniej Syberii, ani obronić jej przed inwazją, a z kolei wejście w posiadanie tego terytorium przez Chiny mogłoby zapewnić egzystencję milionom ludzi i zmniejszyć niebezpieczne napięcia w kraju tak wielkim jak Chiny, to zmiana status quo była-by korzystna nie tylko dla Chin, ale i dla reszty świata, w tym samej Rosji.
Rosja nie byłaby w stanie samodzielnie ograniczyć zasięgu agresji, zatem NATO powinno by dostarczyć jej pomocy, aby nie dopuścić do wzrostu potęgi Chin na skalę zagrażająca rze-czywiście żywotnym interesom Rosji i pozycji samego Paktu. Bezpośrednim wojskowym celem pomocy byłoby ograniczenie nabytków terytorialnych Chin najwyżej do linii Lena – Olokma – zbieg Szyłki i Arguniu.
Rosja zachowałaby pola naftowe zachodniej Syberii, zasoby gazu na Półwyspie Jamał, kopal-nie Norylska (nikiel, platyna, pallad), diamenty Jakucji i okręgi przemysłowe na zachód od Bajkału, a Chiny zaangażowałyby się w mozolne zagospodarowywanie wschodniej Syberii i Dalekiego Wschodu. Najprawdopodobniej taki status quo mógłby być wynegocjowany zanim ewentualny konflikt zbrojny między Rosją a Chinami wyszedłby ze wstępnej fazy i zanim stałoby się konieczne wejście do akcji sił NATO.
W rezultacie Rosja stałaby się krajem europejskim, a ukoronowaniem takiego biegu wydarzeń byłoby przyjęcie jej do NATO, wraz ze wszystkimi wynikającymi z tego gwarancjami doty-czącymi jej integralności terytorialnej, oraz do Unii Europejskiej – w konsekwencji uzyskania przez nią „europejskich” wymiarów terytorialnych, gospodarczych i geopolitycznych (demo-graficzne osiągnie już wkrótce) i oczywiście po spełnieniu rutynowych warunków członko-stwa.
Tak czy inaczej, Rosja stanie w obliczu wyboru: albo stać się państwem buforowym między NATO i UE a Chinami, być może sięgającym nie dalej niż do Uralu, albo stać się członkiem wspólnoty zachodniej, zachowując większą część Syberii. W tym drugim przypadku nastąpi-łoby ostateczne i całkowite zjednoczenie Europy, a w gruncie rzeczy całej Północy. „Czarna dziura Eurazji” (Z. Brzeziński) wypełniłaby się.
Sukces Stanów Zjednoczonych w promowaniu „ofensywnej strategii wolności” na Bliskim Wschodzie może do pewnego stopnia przyspieszyć nadejście tych wydarzeń. Oczywiście nie będzie jednak ich siłą sprawczą, ponieważ ich nieuchronność wynika z rosnącej dysproporcji potencjałów Rosji i Chin.
Konkluzje
Pierwszym, dość trywialnym wnioskiem, wypływającym z interwencji w Iraku i jej dotych-czasowego pokłosia, jest potwierdzenie prawdy, że aby osiągnąć swoje cele należy używać wobec adwersarza języka najlepiej dla niego zrozumiałego. Niestety niektórzy rozumieją wy-łącznie język siły.
Po drugie, jeszcze raz okazało się, że pokój ma swoją cenę, którą czasem warto zapłacić. Po-kój za wszelką cenę (hasło pacyfistów) przeradza się w swoje przeciwieństwo. Dla niektórych bezcenna jest tylko wolność i są gotowi to udowodnić własną ofiarą.
Ostatnie posunięcia amerykańskiej administracji dowodzą, że Stany Zjednoczone są zdecy-dowane kontynuować dotychczasowy kurs w polityce międzynarodowej, włączając do gry instytucje międzynarodowe. Joseph E. Stiglitz uważa, że wysunięcie kandydatury Paula Wol-fowitza na stanowisko prezesa Banku Światowego jest błędem, ponieważ Wolfowitz nie po-siada „wykształcenia i doświadczenia w zakresie rozwoju gospodarczego i rynków międzyna-rodowych.” Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii nie jest jednak równie biegły w polityce. Wolfowitzowi wcale nie będzie potrzebne wykształcenie ekonomiczne. Bank Świa-towy nie jest, wbrew swojej nazwie, bankiem, ale czymś w rodzaju funduszu wspomagające-go inwestycje w krajach cierpiących na brak kapitału finansowego i know how. To Międzyna-rodowy Fundusz Walutowy pełni rolę światowego banku kapitałowego i doradcy finansowe-go. Prawdopodobnie jedynym zajęciem Wolfowitza będzie pilnowanie, aby pomoc Banku Światowego była skoordynowana z „ofensywną strategią wolności” Busha, czyli uwarunko-wana dokonywaniem przemian demokratycznych w krajach ubiegających się o pomoc. Nie byłby to ten rodzaj „ingerencji w wewnętrzne sprawy obcych państw”, który zasługiwałby na potępienie. W ciągu ponad 60 lat swojej działalności Bank Światowy utopił już dość pienię-dzy w zasilanie prywatnych kont rozmaitych dyktatorów.
Z kolei najlepszą wiadomością dla Unii Europejskiej i Polski jest informacja, że do polsko-ukraińskich planów transferu gazu z Kazachstanu i Turkmenistanu może się włączyć nie-miecka firma VNG, a finansowaniem naftociągu Odessa-Brody może się zająć Deutsche Bank. Gdyby oba te projekty doszły do skutku, to Europa otrzymałaby dostęp do alternatyw-nych wobec Rosji źródeł energii, Polska pozyskałaby Niemcy do lobbowania na rzecz Ukra-iny w Brukseli (bo nie można wątpić, że obie niemieckie firmy wywarłyby nacisk w tym kie-runku na swój rząd), a w rezultacie polityka Unii Europejskiej wobec Rosji i Ukrainy stałaby się bardziej wyważona, oparta na rzeczywistych interesach i korzyściach, a mniej na zaspoka-janiu partykularnych rojeń mocarstwowych byłych potęg światowych.
Tadeusz A. Kisielewski
Dr Tadeusz A. Kisielewski – niezależny analityk stosunków międzynarodowych, były pracownik naukowy PAN i Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autor kilku książek, m.in.: „Nowy konflikt globalny” (1993), „Rosja – Chiny – NATO. Średnioterminowe perspektywy rozwoju sytuacji geostrategicznej” (2002), „Imperium Americanum? Międzynarodowe uwarunkowania sprawowania hegemonii” (2004).