Powrót  Drukuj

Nie tylko pieniądze są ważne

Kryzys, w jakim znalazła się Unia Europejska po odrzuceniu przez Francuzów projektu Traktatu Konstytucyjnego oraz fiasku negocjacji nad nową perspektywą finansowa 2007-2013, odsunął na drugi plan dyskusję nad rzeczywistymi barierami w rozwoju gospodarczym Europy. To, czy dystans pomiędzy UE a Stanami Zjednoczonymi będzie się jeszcze bardziej pogłębiał, zależy przede wszystkim od jakości środowiska instytucjonalnego, w jakim funkcjonują europejskie podmioty gospodarcze, a nie od wielkości i struktury europejskiego budżetu. Europa nie stanie się bardziej konkurencyjna jedynie w wyniku redukcji środków na politykę rolną i ich przesunięciu na rzecz inwestycji w kapitał ludzki i wysokie technologie. Upatrywanie barier rozwoju gospodarczego UE wyłącznie w kształcie nowej perspektywy finansowej jest błędne. Prawdziwym winnym jest przeregulowane środowisko biznesowe oraz starzenie się – w sensie dosłownym, jak też metaforycznym – społeczeństw Europy.

Dyskusja nad budżetem to debata zastępcza

Słuchając debaty nad nową perspektywą finansową można odnieść wrażenie, że główni jej aktorzy w UE-15 uważają, że przyszłość rozwoju gospodarczego w Europie zależy od księgowych zapisów w budżecie UE. Jedni chcą zlikwidować Wspólną Politykę Rolną, inni zwiększyć nakłady na badania i rozwój (B&R), a jeszcze inni ograniczyć rolę polityki spójności. Zapominają oni jednak o tym, że to nie z samych transferów finansowych biorą się prowzrostowe impulsy dla gospodarki. Co z tego, że podwojenie wydatków na B&R doprowadzi do powstania nowych patentów i wynalazków, jeśli nie będzie przedsiębiorców, którzy wdrażaliby osiągnięcia sfery badawczo-rozwojowej do produkcji i usług? Od dawna wiadomo, że zwrot z inwestycji w kapitał ludzki wtedy jest największy, jeśli równolegle rośnie zasób kapitału przedsiębiorczości. Jeśli przedsiębiorcy nadal będą się dusili w gorsecie nadmiernych regulacji, to na nic się zdadzą nawet potrojone wydatki na wysokie technologie.

Jeśli już dyskutować nad kształtem budżetu UE, to równolegle z debatą nad realizacją celów Strategii Lizbońskiej, która – choć przez wielu wyśmiana i złożona do grobu, nadal stanowi ambitny plan reform UE – plan, który w wielu swoich założeniach jest zgodny z interesem Polski. Rozmawiając o finansach, trzeba rozmawiać o instytucjach. Oczywiście taki kierunek dyskusji europejskiej nie leży w interesie elit tych państw, przed którymi stoi perspektywa głębokich reform systemowo-regulacyjnych. Francja, bijąc się z Wielką Brytanią o wysokość budżetu WPR, usuwa na drugi plan kwestię wewnętrznych reform społeczno-gospodarczych, od których zależy jej przyszłość, a po części również przyszłość całej europejskiej gospodarki. Polska powinna podejmować wszelkie możliwe działania, aby doprowadzić do rozpoczęcia dyskusji na tematy zasadnicze (liberalizacja rynku usług, ułatwienia w prowadzeniu działalności gospodarczej, patent wspólnotowy), a nie zastępcze. Równolegle powinniśmy jednak twardo bronić korzystnego dla nas kształtu budżetu UE. Korzystnym byłoby szybkie przedstawienie przez koalicję PiS-PO jasnego stanowiska wobec nowej perspektywy finansowej, a nawet własnego projektu budżetu. Pokazałoby to naszym partnerom, że Polska jest tu istotnym graczem, i że PiS i PO od UE się nie odwracają. Paradoksem integracji Polski z UE jest to, że z kraju, który jeszcze kilka lat temu zabiegał o jak najdłuższe okresy przejściowe w dostępie producentów unijnych do naszego rynku, staliśmy się państwem, w którego interesie leży jak najgłębsza liberalizacja wspólnotowej przestrzeni gospodarczej.

Konkurujmy na instytucje

Podobnie jak na poziomie debaty europejskiej, również w Polsce, dyskusja o budowie efektywnych instytucji często jest zastępowana przez debatę o wykorzystaniu środków unijnych i naszym przygotowaniu do ich absorpcji. To oczywiście temat ważny i warty głębszych studiów, ale istotniejszym wyzwaniem dla naszego kraju jest w tym momencie budowa efektywnego środowiska instytucjonalnego (proste i egzekwowalne prawo, zmniejszenie liczby koncesji i zezwoleń, zniesienie quasi-podatku nakładanego na przedsiębiorcę w postaci różnorakich opłat, ukrócenie samowoli korporacji zawodowych). To, w jakich warunkach funkcjonują firmy zależy głównie od regulacji krajowych, tak więc zamiast obrażać się na niektóre państwa UE, że nie realizują celów Strategii Lizbońskiej, zacznijmy sami konkurować z naszymi partnerami na instytucje.

Pierwszym krokiem ku temu powinno być przeprojektowanie krajowej strategii rozwoju na lata 2007-2013, tak aby nie stanowiła ona jedynie spisu celów, na które trzeba wydać płynące z UE pieniądze, ale aby równie poważnie traktowała kwestie instytucjonalne. Podobnie w przypadku poszczególnych programów sektorowych. Nieporozumieniem jest to, że obecnie realizowane programy (2004-2006) zawierają jedynie działania o charakterze interwencyjnym (programy finansowane z UE), a nie ma w nich propozycji działań o charakterze instytucjonalnym. Dobrym przykładem jest polityka rozwoju wsi, gdzie skupiono się na działaniach interwencjonistycznych (dopłaty, PROW i SPO rolny), pomijając inicjatywy o charakterze regulacyjnym. Dystans cywilizacyjny, jaki dzieli wieś od miasta, nie jest wynikiem jedynie niedoinwestowania obszarów wiejskich, ale bierze się również z szeregu barier o charakterze instytucjonalnym (np. nieprecyzyjne prawa własności ziemi, brak instytucji ułatwiających dostęp do informacji rynkowej). Podobna sytuacja występuje w innych programach sektorowych. Oczywistym jest, że budowanie instytucji dla wzrostu jest trudniejsze od prostego wydawania unijnych pieniędzy, ale bez efektywnego środowiska regulacyjnego polska gospodarka nie będzie konkurencyjna nawet po wpompowaniu w nią miliardów euro z budżetu UE. Budowa instytucji dla wzrostu to główne zadanie dla nowego rządu.

... i na wartości

Konkurencję instytucjonalną wygrywa nie ten, kto wprowadzi w życie najbardziej efektywne reguły gry, ale ten, kto będzie potrafił dopasować wprowadzone rozwiązania instytucjonalne do mentalności i systemu wartości danego społeczeństwa. Badania prowadzone w wielu ośrodkach naukowych na świecie dowodzą, że prosty import instytucji z państw wysoko rozwiniętych do krajów wchodzących na szybką ścieżkę wzrostu nie prowadzi do wzrostu sprawności systemu regulacyjnego. Dzieje się tak, gdyż prawo, które dobrze funkcjonuje w Stanach Zjednoczonych, niekoniecznie musi przynieść takie same rezultaty we Włoszech, czy też Rosji. Instytucje formalne (system prawno-administracyjny) muszą być w zgodzie z kulturą, doświadczeniem historycznym oraz mentalnością danego społeczeństwa.

Czy Polacy są gotowi na zmiany idące w kierunku większej deregulacji gospodarki, a w konsekwencji, wzięcia większej odpowiedzialności za swój los? Wydaje się, że dużo bardziej niż społeczeństwa europejskich „państw dobrobytu”, gdyż Polaków w dużo większym stopniu cechuje prometejskie podejście do pracy i to nie przypadek, że coraz częściej w UE mówi się „pracowity jak Polak”. Europejczycy z wielu państw starej Unii, przesiąknięci kulturą konsumpcyjną i naznaczeni kataklizmem postmodernistycznej zawieruchy, utracili świadomość, iż życie w ogóle ma jakiś sens. Skoro życie ludzkie jest jedynie „śladem na piasku”, to po co ciężko pracować, oszczędzać i brać odpowiedzialność za swój los? Jeśli jedynym celem w życiu jest osiągnięcie własnej przyjemności, to nie ma się co dziwić, że społeczeństwa Niemiec i Francji sprzeciwiają się jakimkolwiek reformom, które choć trochę zrywają z trwającym dziesięciolecia status quo. Przesiąknięta postmodernizmem kultura promuje postawy roszczeniowe i utrudnia wszelkie zmiany i trudno się spodziewać, że w takich warunkach społeczeństwa starej UE będą w ogóle chciały z nowych prorozwojowych reguł gry skorzystać.

Wydaje się, że polskie społeczeństwo – pomimo wyczerpania piętnastoma latami transformacji – niesie w sobie większą gotowość na zmiany niż społeczeństwa UE-15. Polaków nie trzeba uczyć, czym są wyrzeczenia, ciężka praca oraz branie odpowiedzialności za swój los. Problem jedynie w tym, żeby te prorozwojowe wartości obudzić i wykorzystać do przebudowy kraju, dlatego potrzeba silnego przywództwa i dalekosiężnej wizji rozwojowej jest niezbędna zarówno dla Unii Europejskiej, jak i dla Polski. Obecni przywódcy bardziej przypominają księgowych, którzy wolą dyskutować nad budżetem UE niż mierzyć się z kluczowymi wyzwaniami, przed którymi stoi Europa. Należy mieć nadzieję, że rząd PiS-PO będzie ekipą wizjonerów, chcących nadawać ton dyskusji nad modelem społeczno-gospodarczym UE, i że ekipa ta obudzi prorozwojowe wartości w polskim społeczeństwie.

Łukasz Hardt

Powrót  Drukuj