Powrót  Drukuj

Unia Europejska wymaga on nas więcej wyobraźni

Wykład wygłoszony dla Fundacji Friends of Europe oraz Fundacji Roberta Schumana w Biblioteque Solvay w Brukseli.

Na jakim etapie jest Europa? W przyszłym roku przypadnie pięćdziesiąta rocznica traktatu ustanawiającego projekt europejski. Będziemy świętować to wydarzenie z dumą, gdyż od 1957 roku dokonała się reunifikacja kontynentu wokół wartości, jakich nie przestawali głosić Jean Monnet, Robert Schuman, Paul-Henri Spaak, Alcide de Gasperi oraz Konrad Adenauer, ojcowie i założyciele, a to stanowi pewien sukces historyczny. Ale będziemy je świętować również z uczuciem zaniepokojenia, ponieważ Europa jest dziś pozbawiona tchu. Można by na to odpowiedzieć, iż Unia zdołała, wbrew wszelkim oczekiwaniom, zgodzić się na perspektywy finansowe i że kryzys jest nierozłączny z dziełem budowania, podobnie jak wybuch i silnik. Ja jednak upieram się, iż kryzys tkwi właśnie tutaj. Być może bezpośrednia bliskość przeszkadza postrzegać go w pełni tutaj, w Brukseli. Prawdą jest, iż Belgowie zawsze byli przednią strażą konstrukcji europejskiej, a zaangażowanie autorytetów belgijskich zawsze było dla nas korzystne. Prawdą jest również, że ten kryzys nie jest otwarty, brutalny, hałaśliwy. Jest skryty, ale głęboki. Unia funkcjonuje z pewną prędkością, której nabrała, ale bez prawdziwej wspólnej nadziei. Zwątpienie oraz obojętność zagnieździły się w sercach naszych narodów.

Niektórzy, również we Francji, twierdzą, iż to rozczarowanie ostatecznie odpowiada pewnemu punktowi równowagi. Dystans, a ściślej nieufność, naszych współrodaków wobec projektu europejskiego, będzie w pewnym sensie postawą naturalną narodów i należałoby nie starać się zmieniać tego stanu rzeczy.

I ja nie decyduję się na to. Z pewnością w skali światowej, Unia europejska daje zbyt często wrażenie, że jest koniem trojańskim w tym momencie, gdy nasi współobywatele odczuwają jak nigdy dotąd potrzebę chronienia swojej narodowej tożsamości. A przecież stan na świecie nie uczynił unii naszych krajów bardziej konieczną. Jednak ten świat wspaniale zmienił się, co oznacza, że bez wątpienia dochodzimy do celu modelu europejskiego takiego, o jakim myśleliśmy i tworzyliśmy od 50 lat. Oto dlaczego Unia europejska wymaga od nas więcej wyobraźni.

Unia europejska winna być ambicją a nie przymusem. Życzę, by ona wznieciła na nowo entuzjazm naszych współobywateli, a nie ich zwątpienie. Ja ze swojej strony zawsze chciałem wierzyć w jedną polityczną Europę. Nie chcę przestać w to wierzyć. Ta perspektywa nie jest w niczym przestarzała. Jest ona nowoczesna, ponieważ wymaga odwrócenia się plecami do wypadków historii. Jest ambitna, ponieważ wszyscy wiemy, że droga jest trudna, ale i pasjonująca. Ta droga to wasza droga codzienna. Jesteście więc na właściwym miejscu, by o tym wiedzieć najlepiej. I wreszcie ambicja ta jest słuszna, zważywszy na historię naszego kontynentu. Tak jak i wy, nie chcę wyrzec się dźwigania jej!

Cóż zatem zrobić? Najbliższe 10 miesięcy będą stanowić zasadnicze chwile dla Europy, gdyż po Włoszech, Węgrzech, Republice Czeskiej, odbywać się będą wybory powszechne w 11 krajach Unii Europejskiej w tym we Francji [Słowacji, na Łotwie i w Szwecji we wrześniu, w Bułgarii w październiku, w Austrii i Holandii w listopadzie, w marcu 2007 r. w Finlandii i Estonii, wiosną w Irlandii, w czerwcu w Belgii i we Francji]. Później, w 2009 r., będzie wielkie spotkanie wyborów europejskich.

Zatem właśnie teraz należy zastanowić się nad sposobem, w jaki będziemy mogli pojednać Europę z Europejczykami i pozwolić jej na nowo podjąć krok naprzód. A ośmielam się to powiedzieć przed wami, którzy sprawiacie, że na co dzień funkcjonuje maszyna wspólnotowa, przed wami, którzy zdecydowaliście o poświęceniu waszej kariery zawodowej dla tego wielkiego projektu, jakim jest Europa: nasi współobywatele chcą Europy dostępnej i zrozumiałej. I dlatego jej funkcjonowanie musi być skuteczne i czytelne; musi służyć interesom Europejczyków; musi wykazać tam, gdzie miejscowe władze narodowe nie wystarczają. Jednym słowem musimy wypracowywać Europę tam gdzie należy, na tyle, na ile trzeba, jednak nie więcej, niż to konieczne.

••• Aby na nowo uczynić Europę popularną, musimy starć się odpowiedzieć na co najmniej cztery pytania.

1/ Jak wyjść z kryzysu instytucjonalnego spowodowanego negatywnymi wyborami Francuzów i Holendrów wobec projektu konstytucji europejskiej?

Niektórzy powiedzą, że istota rzeczy tkwi gdzie indziej i że zbytnio zajmowaliśmy się przez te ostatnie lata mechanizmem instytucjonalnym, a niewystarczająco Europą polityczną. Być może mają rację, ale ja na pewno nie ucieknę przed pytaniem, jakie wy tutaj stawiacie sobie, co do stanowiska Francji wobec projektu konstytucji europejskiej po referendum. Nigdy nie istniał plan "B" i podobnie nie ma jednego prostego rozwiązania. Ale polityka to sztuka rozwiązywania problemów złożonych. Wypowiedziałem się już na ten temat szczególnie w lutym, w Berlinie. Cóż wtedy powiedziałem? Że według mnie, i żałowałem tego, traktat konstytucyjny, w swojej aktualnej formie bez wątpienia nie wszedłby w życie. Przez całe miesiące w czasie całej kampanii referendalnej, walczyłem na rzecz TAK. Dumą moją jest, iż moja rodzina polityczna zrozumiała tę wiadomość. Sympatycy partii politycznej, której przewodniczę, zagłosowali w 85% za Tak. Ale głos Francuzów był jasny.

Czy to nam się podoba czy też nie, te wyniki narzucają się nam wszystkim. 15 ratyfikacji, niektóre na drodze referendum, których dokonały inne kraje Unii, mają tę samą wartość polityczną, co głosowania, jakie miały miejsce we Francji i Holandii. Ale inaczej jest na planie prawnym. Dyspozycje prawne, sprecyzowane w części 4 traktatu są jasne i my, zwolennicy traktatu konstytucyjnego, powtórzyliśmy to Francuzom. Traktat konstytucyjny może wejść w życie tylko wtedy, gdy jest ratyfikowany przez wszystkie kraje członkowskie. Wiemy teraz, że tak nie będzie, nie możemy kazać głosować Francuzom ani Holendrom drugi raz nad identycznym tekstem, skoro ich pierwszy głos był jasny. I cokolwiek by było, wiemy, że wśród krajów, które się jeszcze nie wypowiedziały, wiele z nich nie ma zamiaru ratyfikować go. Co do Francji, winna jest ona swoim partnerom jasność. W każdym razie, ja ze swej strony nie będę tym, który powie Francuzom, że źle zrozumieli pytanie, które im postawiono.

Czy to oznacza, że praca wykonana przez Konwencję pod przewodnictwem Valéry Giscard d’Estaing, a następnie przez Konferencję Międzyrządową, byłaby bezużyteczna? Nie, była to praca godna uwagi, o której będzie się pamiętać. Czyż znaczy to, że trzeba zadowolić się obecnymi traktatami, których braki podkreślaliśmy wszyscy, ze mną na czele? Na pewno nie. Należy strzec postępów koncepcji projektu traktatu konstytucyjnego. Ale wy, którzy pracujecie nad tymi kwestiami na co dzień, wiecie, że jeżeli proponowane reformy byłyby konieczne dla wydajniejszego funkcjonowania w liczbie 25 lub 27, będą ewidentnie niewystarczające, aby umożliwić Unii dźwignięcie największych wyzwań, które ją jeszcze czekają. Niektóre objawiają się już dziś, jak na przykład sposób finansowania Unii. Inne pojawią się bardzo szybko: na przykład jak przystosować się do szybkiego rozwoju Chin czy Indii?

To co było prawdą kilka lat wcześniej nadal nią jest: Unia powinna wyposażyć się w tekst odniesienia – przypomnijmy to - albo niekonstytucyjny, ustawę zasadniczą albo inny, nie jest to najważniejsze – który by poszedł dalej poza dyspozycje techniczne zawarte w obecnych traktatach i który scementowałby zasadniczy rozmiar polityczny struktury europejskiej. Ten zasadniczy traktat będzie musiał jasno postawić to, czym jest Europa; a to implikuje zwłaszcza zgodę co do tej kwestii, kto jest powołany, by wejść do Unii i kto do tego nie jest powołany; ale taki tekst, który by również zdefiniował to, czym ona pragnie być, jaką politykę do jakiego projektu i który by wskazywał jej proces, jaki należy kontynuować, żeby posuwać się naprzód.

Ta konieczność wywołuje wielką debatę demokratyczną, a nie tylko działania czysto dyplomatyczne, ograniczone do dyskretnych negocjacji pomiędzy ekspertami lub wtajemniczonymi. Dlaczegóżby nie wymyślić wielkiej Konwencji, której członkowie byliby wyznaczeni w prawdziwej debacie demokratycznej, zwłaszcza przed parlamentami narodowymi i których mandat byłby bardzo szeroki? Mogłaby zbierać się po wyborach europejskich w 2009 r.: w ten sposób kampania europejska byłaby okazją prawdziwej dogłębnej debaty o przyszłości Unii, a reprezentanci do Parlamentu Europejskiego dysponowali by tym samym jasnym demokratycznym mandatem.

Jednak będzie to działanie, które wymaga czasu. Co do czasu, nie mamy go dużo, gdyż nasi współobywatele niecierpliwią się, żeby zobaczyć Europę niezdolną do wyłonienia jasnych perspektyw oraz do powzięcia decyzji zrozumiałych. Musimy prędko postawić Unię w stan odbudowywania zdolności decyzyjnej. W kwestii bezpieczeństwa i imigracji, wydarzenia w Londynie, masowy nielegalny napływ na Wyspach Kanaryjskich, przypominają nam iż nasza zdolność wspólnotowego działania pozostaje skrępowana. Istnieje zatem temat naglący: dać Unii reguły efektywnego funkcjonowania.

Podałem propozycje metodyczne, aby wyciągnąć Europę z sytuacji zablokowania, w której się ona znajduje po klęskach referendum francuskiego i holenderskiego. Chciałbym teraz pójść dalej. Jak dokonać tego, by zapewnić lepsze funkcjonowanie instytucji europejskich? Ulepszenie funkcjonowania obecnych instytucji musi dokonać się szybko. Większość pilnych reform mimo, że punktowych, wynika z traktatów. Jesteśmy do tego zobowiązani mocą samych traktatów. Przypominam, że Traktat Nicejski przewiduje osiągnięcie szczytu stanu rzeczywistego Komisji w 2009 r. i że wciąż pozostaje sprawa zorganizowania tego. Przypominałem już również, że pomimo odrzucenia traktatu przez Francuzów, pewna liczba warunków, jakie zawierał, była przedmiotem szerokiego konsensusu tak ze strony prawicy, jak i lewicy. Ponieważ, jeżeli istnieje jedna rzecz, co do której wszyscy byli zgodni w czasie kampanii w obozie zwolenników „tak” jak i w obozie „nie” to fakt, iż Traktat Nicejski nie jest satysfakcjonujący, ponieważ nie pozwala na poprawne funkcjonowanie w liczbie 27. Należy więc odnieść się do „mini-traktatu”, aby dokonać najpilniejszych reform instytucjonalnych. Chciałbym pójść jeszcze dalej i powiedzieć o zawartości « mini-traktatu ». Jakie moim zdaniem są jego cechy?

- Mini traktat musiałby zebrać postanowienia odnoszące się do rozszerzenia większości kwalifikowanej i do współdecydowania, zwłaszcza w materii sądowej i karnej jeśli nie moglibyśmy zdecydować o tym już teraz, ale również
- musiałby zebrać postanowienia odnoszące się do warunków większości kwalifikowanej, zwłaszcza reguły podwójnej większości
- musiałby zebrać postanowienia odnoszące się do podziału władzy prawodawczej pomiędzy Parlament i Radę oraz do wyborów Przewodniczącego Komisji przez Parlament
- musimy kontrolować respektowanie zasady subsydiarności, to znaczy tej prostej zasady: Unia ma powołanie do działania tylko wtedy, gdy jej działanie jest bardziej skuteczne, bardziej dostosowane, niż działanie Krajów członkowskich. Respektowanie subsydiarności to Europa tam ,gdzie należy, tyle, ile należy, ale nie więcej, niż to konieczne. Do tego celu wzmocnienie roli parlamentów narodowych dzięki procedurze zwanej « alert przedwczesny » winno figurować w "mini-traktacie".
- kwestia stałej prezydencji Rady Europejskiej wydaje mi się nie wywoływać już dzisiaj debaty. Wszyscy dostrzegają, że sprzyjałaby ona działaniom długoterminowym przy większym stopniu nadzorowania.
- jest jeszcze sprawa wprowadzenia Ministerstwa Spraw Zagranicznych Unii Europejskiej , które kumulowałoby obecne funkcje wysokiego reprezentanta Unii w spawach polityki zagranicznej i wspólnego bezpieczeństwa, Komisarza do spraw relacji zewnętrznych oraz przewodniczącego Rady do Spraw Zagranicznych.
- inne dwie serie przedsięwzięć stanowiły przedmiot prawdziwego konsensusu. Najpierw wszystkie te, które dotyczą demokracji uczestniczącej w łonie Unii, a szczególnie prawo inicjatywy obywatelskiej, to znaczy możliwości danej milionowi obywateli domagania się od Komisji, by przedkładała wnioski w takiej czy innej dziedzinie. Są to również te, które utwierdzają wzmocnione współdziałanie.
- i wreszcie fakt wyposażenia Unii w osobowość prawna pozwoli jej jako całości politycznej przystępować oraz zasiadać w pewnej liczbie organizacji.
Wszystko to może być zebrane w mini traktacie, który mógłby być dyskutowany szybko, ponieważ chodziłoby o zebranie zwłaszcza dyspozycji długo opracowywanych w łonie Konwencji Europejskiej oraz przez Konferencję Międzyrządową i to bez ponownego otwierania debat politycznych, na których znaleziono kompromis.

Ten mini traktat, zmieniający traktaty z Nicei i Amsterdamu, będzie mógł, tak jak one, podlegać ratyfikacji Parlamentu. Naszym celem winno być zapoczątkowanie jego opracowywania w czasie prezydencji niemieckiej w 2007r. oraz ratyfikacja pod prezydencją francuską w 2008 r. Tak, aby wdrożyć jego postanowienia od momentu przyszłych wyborów europejskich, to jest począwszy od 2009 r.

Co do innych kwestii, bez wątpienia ważnych, konieczne będą nowe dyskusje. Będziemy musieli podjąć to ryzyko. Dlatego wyznaczyć by należało komisarzy. Jeżeli żadna decyzja nie zostanie powzięta, wtedy będą miały zastosowanie reguły określone w Nicei, co do których wszyscy uznają, że nie są satysfakcjonujące. Jeżeli musielibyśmy znaleźć jakiś konsensus w tym kierunku, sądzę, że mini-traktat mógłby, jak to zresztą przewidywał Traktat konstytucyjny, przesunąć kwestię osiągnięcia górnego pułapu przez Komisję w 2014 r. i w ten sposób przyszła Komisja, która będzie wyznaczona w 2009 r. zachowałaby regułę jednego Komisarza na kraj. Zważywszy, że do tego czasu powinny przyłączyć się tylko Rumunia i Bułgaria, nie będzie dużej różnicy względem obecnej Komisji. Ta kwestia długo nas dzieliła i jest ona trudna. Za jakiś czas powiem, jakie zasady winny moim zdaniem inspirować jej rozwiązanie. Ale bezpośrednio teraz nie opóźniajmy innych koniecznych przedsięwzięć, a tę odłóżmy na później. Jak Państwo widzicie, moim priorytetem jest posuwanie do przodu, bez czekania dłużej. Ale co do niektórych kwestii, sam Traktat konstytucyjny pozostaje niewystarczający i niezbędne będzie pójść dalej w kolejnych etapach, aby pozwolić Unii jeszcze bardziej rozszerzonej, pozostać skuteczną w działaniach. To będzie wymagało śmiałości i wyobraźni, gdyż my nie mamy innego wyboru, jak tylko pozwolić ewoluować europejskiemu modelowi instytucjonalnemu. Podam dwa przykłady:

a/ Komisja będzie musiała być zreformowana, czego początkowo nie będziemy mogli dokonać. Jej struktura będzie musiała być przejrzana. To jedna z najważniejszych kwestii instytucjonalnych i na pewno najtrudniejsza do rozwiązania, gdyż Komisja zajmuje miejsce centralne wśród instytucji wspólnotowych. Konsekwencje jej decyzji w licznych dziedzinach są znaczące. Będziemy musieli przeznaczyć pewien czas na refleksję i dyskusje, aby ostatecznie dojść do stawienia czoła zrozumiałemu życzeniu niektórych krajów członkowskich, żeby zapewnić ich o możliwości posiadania rodaka w łonie kolegium komisarzy a wszystko to zachowując wystarczającą jednolitość Komisji, aby funkcjonowała w sposób efektywny. Ani Traktat Nicejski, ani nawet Traktat Konstytucyjny nie wniosły satysfakcjonującej odpowiedzi na pytanie o skład Komisji. Jak jeden, tak drugi zachowały system osiągnięcia górnego pułapu liczby komisarzy oraz rozdzielania stanowisk pomiędzy krajami członkowskimi według rotacji ściśle egalitarnej. Ten system nie jest zadowalający, ponieważ nie gwarantuje on ostatecznie ani efektywności, ani jego słuszności:

- wyznaczenie komisarzy pozostaje organizowane na poziomie ściśle krajowym, co nie pozwala uczynić z Komisji prawdziwej ekipy;
- zagraża to zasadności Komisji i jej decyzji w oczach obywateli: Komisja jest już zbyt często kozłem ofiarnym wobec opinii publicznej; a czymże będzie w chwili, gdy będzie musiała powziąć ważną decyzję, poddając w wątpliwość na przykład przyszłość jakiegoś dużego przedsiębiorstwa w którymś z krajów nie posiadając nawet w swym składzie komisarza z tego kraju?
Rozważano wiele formuł z ich zaletami i wadami: na przykład utrzymanie jednego komisarza na kraj członkowski lub system rotacji różny od tego istniejącego dla Rady bezpieczeństwa ONZ.

Jednak, aby wyjść z impasu, dlaczegóżby nie mieć śmiałości zastanowić się nad rodzajem « skoku koncepcyjnego », polegającego na powierzeniu składu Komisji jej Przewodniczącemu? On ma zaufanie Rady Europejskiej i Parlamentu, którzy wyznaczyli go wspólnie w zależności od wyników wyborów europejskich. Mógłby ustanawiać swoją ekipę dowolnie, zobowiązany do otrzymania in fine aprobaty Parlamentu i Rady. W końcu taka logika właśnie warunkuje tworzenie rządów narodowych. Naturalnie przewodniczący wyznaczony przez Komisję musiałby konsultować się z rządami narodowymi i przestrzegać równowagi, która jest u podstaw Unii, zwłaszcza pomiędzy krajami członkowskimi i pomiędzy rodzinami politycznymi. Ale wybór in fine wynikałby z jego własnej odpowiedzialności. W ten sposób Komisja mogłaby funkcjonować jak prawdziwa ekipa wokół swego przewodniczącego, a kwestia jej składu nie byłaby regulowana raz na zawsze abstrakcyjnie, lecz w zależności od układów sił politycznych, jakie objawiać się będą po każdym odnowieniu i które nie mogą być z góry znane.

Jednomyślność: mam przekonanie również, że musimy zmienić regułę jednomyślności w Europie. Jakże możemy wierzyć i pozwolić wierzyć, że będziemy walczyć efektywnie przeciw terroryzmowi, zbierając aeropag pięćdziesięciu ministrów spraw wewnętrznych i sądowych, przydzielając 2 minuty czasu na wygłoszenie mowy każdemu i wymagając od nich jednomyślności?

Nie można nakazać jakiemuś krajowi czegoś, czego on sam nie chce. Natomiast ja nie zgadzam się na sytuację, gdy ten, który nie chce iść do przodu, przeszkadza w tym innym. To jedna rzecz, kiedy jest kraj, który nie chce iść do przodu, a zupełnie inną jest akceptowanie, by ten kraj przeszkadzał 26 innym pójść do przodu. W efekcie jedynym sposobem uratowania Europy politycznej jest przeskoczenie tego rygla. Kraj powinien mieć możliwość powiedzieć nie, jednak nie powodując upośledzania projektów innych. Jest nie do pomyślenia, że jeden kraj członkowski, a nawet dwa, mogłyby przeszkadzać Europie posuwać się naprzód.

W Berlinie przywołałem ideę stworzenia mechanizmu większości « ponad-kwalifikowanej », która wymagałaby na przykład 70 lub 80% głosów, żeby jakaś decyzja mogła być podjęta. Dlaczego taki mechanizm miałby być interesujący? Ponieważ istnieją dziedziny, które są tak delikatne dla krajów członkowskich, że aż złudnym jest mieć nadzieję na rozwiązanie takiej dziedziny większością kwalifikowaną, a jednocześnie reguła jednomyślności stanowi przeszkodę zbyt poważną dla wszelkiego postępu, gdyż opozycja kilku krajów, a czasem tylko jednego, blokuje wszelkie decyzje. Jest to prawdziwe na przykład dla systemu podatkowego: nie zaszliśmy dość daleko w kwestii ujednolicania podatków, jakie ciążą na przedsiębiorstwach lub na działalnościach gospodarczych, które podlegają prawu konkurencji. W wyniku tego, kraje są zmuszone poddać się destrukcyjnej konkurencji podatkowej, żeby przyciągnąć na swoje terytorium przedsiębiorstwa obniżając czasem do zera stawki podatkowe nakładane na spółki. Dumping fiskalny, który rozwija się pod osłoną reguły jednomyślności, jest nie do zaakceptowania w łonie Unii. Musimy mieć możliwość wyklarowania kompetencji instytucji wspólnotowych i krajów według zasady subsydiarności i proporcjonalności.

Oczywiście jasna świadomość, iż zmiana reguł co do podejmowania decyzji nie wystarczy do ponownego zaproponowania projektu europejskiego. To, czego potrzebujemy, to nowego silnika. Potrzebujemy tego, aby ci, którzy chcą iść naprzód, przyjęli na siebie odpowiedzialność. Wierzę w użyteczność grup o zmiennej geometrii, w zależności od tematów. Dzięki autorytetowi i doświadczeniu Jean-Claude Juncker, Eurogrupa przyjęła miejsce w sercu instytucji. Grupa G5 ministrów Spraw Wewnętrznych, którą poszerzyliśmy o Polskę, pokazała swoją skuteczność jednocześnie we wzmocnieniu operacyjnej współpracy policyjnej oraz doprowadzeniu do końca propozycji przedstawionych Radzie JAI, których pilnie potrzebowaliśmy w kwestii walki z terroryzmem lub przeciwko nielegalnej imigracji. Wierzę w konieczność przygotowania wielkich spotkań europejskich nieformalnie w gronie wielu krajów, aby dać im wszelką szansę do wysuwania inicjatyw, jakich oczekują nasi współobywatele. Pragnę zatem, aby temat po temacie, kraje najbardziej zainteresowane lub te, których to najbardziej dotyczy, spotkały się, aby przygotować prace Rady. Nowa Europa winna wyjść od faktów i od rzeczywistości, aby je zorganizować, a nie starać się narzucić sztuczny schemat, który nie odpowiada żadnemu z krajów. W tym tkwi rewolucja, przełom. Od tego momentu, pojęcie otwartej awangardy, grup ad hoc, które zbierałyby kraje szczególnie zainteresowane jakimś problemem, staje się oczywiste. Do tych krajów należałoby poszukiwanie nowych relacji solidarności pozostawiając możliwość przyłączenia się innych członków; do nich samych należy znalezienie form prawnych, aby wspierać wspólne działania. Aby Portugalczycy, Grecy, Hiszpanie, Włosi i Francuzi wnosili wspólnie propozycje w kwestii walki z pożarami lasów. Aby te 7 krajów, które przyczyniają się do pokoju w Libanie, porozumiało się i pomagało sobie wzajemnie. Aby strefa Euro nadal się wzmacniała. Aby kraje nadbrzeżne Morza Śródziemnego porozumiewały się w sprawie najbardziej efektywnych przedsięwzięć, żeby walczyć z nielegalną imigracją.

To, czego potrzebujemy, to aby każdy z krajów członkowskich odnalazł chęć posuwania się do przodu bez zatroskania jedynie o swoje interesy narodowe. A w przypadku, gdy takich zabraknie, przynajmniej ci, którzy chcą przejąć inicjatywę, aby mogli to zrobić nieskrępowani przez niedomówienia innych.

•••
2/ Jakie granice dla Unii i jakie relacje rozwijać z naszymi sąsiadami? Nadszedł czas, aby szczerze postawić problem. Niepowodzenie referendum francuskiego i holenderskiego było po części spowodowane wrogością do Europy bez granic. Na miarę tego doświadczenia ustalenie ram geograficznych i politycznych Unii europejskiej jest podstawowym warunkiem, aby nasi współobywatele przyjęli na nowo projekt europejski. Pierwszą konsekwencją jest to, iż nie należy przechodzić do kolejnych etapów rozszerzenia, dopóki nie zostaną zatwierdzone nowe instytucje.

Chciałbym powtórzyć prostą myśl: przyłączenie nowego członka jest najpierw decyzją, którą Unia musi podjąć dla siebie samej, w zależności od swoich własnych celów, w granicach swoich możliwości, o ile przystają na to narody, zanim stanie się decyzją wynikającą z polityki zewnętrznej Unii i jej troski o wspieranie reform u innych. Zainteresowanie Europy nie tkwi w tym, by rozpuścić swoja politykę i swoje instytucje w całości, gdzie wszelka decyzja byłaby z definicji niemożliwa. Nie. Zainteresowanie Europy idzie w tym kierunku, by być wystarczająco solidną, aby promieniować i tworzyć podstawy strefy stabilności i powodzenia, które ma być rozszerzone na jej sąsiadów kontynentalnych i zamorskich. Inaczej mówiąc oznacza to, że możliwości absorpcji Unii nie są rozszerzalne w nieskończoność. Pragnę, aby temu pojęciu zdolności absorpcyjnej [Europy] nadano zwięzłej treści i charakteru operacyjnego: dodam, iż konieczne jest, aby ją zweryfikować na każdym etapie procesu rozszerzania, a nie tylko w momencie załatwienia sprawy, gdyż wówczas jest już zbyt późno na reagowanie.

To rozumowanie niesie ze sobą pewną konsekwencję. Musimy teraz powiedzieć, kto jest europejczykiem, a kto nim nie jest. Pozostawienie tego pytania bez odpowiedzi nie jest już możliwe. I jakkolwiek byśmy nie chcieli, Francuzi, którzy od czasu reformy naszej konstytucji będą wypowiadać się w referendum na temat wszelkiego nowego rozszerzenia, przypominaliby o tym poprzez odmowę. Powiedzieć, kto jest Europejczykiem, to powiedzieć, kto jest powołany do przyłączenia się pewnego dnia do Unii europejskiej, ale również kto jest powołany do ustanawiania uprzywilejowanych więzów z Unią bez konieczności bycia jej członkiem.

Należy zatem według mnie rozróżnić:
- z jednej strony kraje, których połączenie z Unią nie stanowi problemu dla kogokolwiek. Unia Europejska jest otwarta na wszystkie kraje, które w klarowny sposób leżą na kontynencie europejskim (Szwajcaria, Norwegia, Bałkany), oraz na sąsiednie wyspy (Islandia). Te kraje dołączą do Unii, kiedy tylko będą mogły to uczynić (Bałkany) oraz zechcą to uczynić (inne), pod warunkiem, że Unia ze swej strony będzie w stanie je przyjąć, szczególnie z punktu widzenia ich funkcjonowania instytucjonalnego.
- a z drugiej strony kraje, których powołanie europejskie nie wychodzi samo z siebie lub które są sąsiadami nie będąc Europejczykami. Dla tych krajów strefy euro-azjatyckiej i śródziemnomorskiej, pierwsze z naszych posunięć winny ustanowić relacje uprzywilejowanego partnerstwa z nimi. Musimy pracować z nimi respektując nasze wzajemne interesy, ale bez ustępstw jeżeli chodzi o nasze wartości. Nie, żadnych automatyzmów w moim umyśle: nawet spośród wszystkich tych, którzy uczestniczą w procesie Barcelony są powołani z racji położenia geograficznego do przyłączenia się do nas, będą mogli być zaakceptowani jako uprzywilejowani partnerzy Unii jedynie ci, co do których będziemy mogli stwierdzić postęp w demokracji.

To, czego pragnę, to ostatecznie, byśmy nie doprowadzili wszystkich tych krajów, co do których zadajemy sobie pytanie, czy mogą czy nie mogą wejść, do takiej sytuacji, w której skazuje się je na wszystko albo nic: albo wszystko od Europy albo nic od Europy. Cóż można im zaproponować? Myślę na początek, że ten wielki rynek będzie akceptowalny dla nas tylko wtedy, jeżeli nie otworzy się w kierunku degradacji jakości produktów i kontroli. Ci, którzy zechcą wejść do strefy powodzenia, potencjalnie silnej blisko 800 milionami konsumentów, będą musieli według mnie przejąć jednakowo wszystkie reguły wspólnotowe odnoszące się do rynku wewnętrznego. Ale musimy też pójść dalej i zaproponować uprzywilejowanym partnerom uczestnictwo w niektórych elementach polityki europejskiej, aby Unia sprzyjała ich rozwojowi ekonomicznemu i społecznemu. I jeszcze jedna kwestia, dzięki której mogliśmy rozpocząć rozszerzone współdziałania nad niektórymi programami naukowymi lub w kwestii edukacji. Program Erasmus ma 20 lat. To bardzo duży sukces Unii europejskiej. Rozszerzyliśmy go na studentów krajów spoza Unii, poprzez program Erasmus mundus, ale w sposób zbyt ograniczony. Pragnę, abyśmy inwestowali w ten program. Jest to w perspektywie długoterminowej równoważne z naszym wzrostem jak również wzrostem tamtych krajów. Ale poza ekonomicznym rynkiem wspólnotowym jest jeszcze perspektywa zawiązania umów obronnych, które pozwolą nam zbudować wspólne bezpieczeństwo.

Czemu służyłoby budowanie Unii europejskiej, gdyby nie była ona zdolna, poprzez swój pozytywny wpływ oraz powiązania, sprzyjać stabilności, powodzeniu i demokracji w jej granicach? Ten projekt wielkiej strefy pokoju, demokracji i rozwoju musimy rozważać w horyzoncie 50 lat. I nie jest to w niczym utopijne. Wręcz przeciwnie, jest to realistyczne. Nasz europejski projekt począł się w swoim środowisku geograficznym. Wśród ludów europejskich umieliśmy przejść przez najbardziej tragiczne epizody naszej historii, postępując zgodnie z celem traktatu rzymskiego. Zatem skoro przez "nieustanną serdeczną jedność", jak to jest powiedziane w Preambule Traktatu, umieliśmy pogrzebać nasze odwieczne konflikty, dlaczegóż nie mielibyśmy dojść do ustanowienia wzmocnionej współpracy z naszymi sąsiadami z Południa i Wschodu, z którymi jesteśmy w dobrych relacjach od tak dawna? Wśród tych krajów jest jeden wielki, Turcja , która jest naszym sąsiadem, naszym przyjacielem i który dzieli z nami pewną liczbę interesów dotyczących bezpieczeństwa oraz naszych wartości. Dla tych wszystkich racji musimy pogłębić nasze związki z tym krajem, jednak nie dochodząc do całkowitego, pełnego połączenia. Tutaj również Unia nie powinna zagubić kierunku, jaki jej nadali jej twórcy. Chcę powiedzieć z całą mocą, i wiem, że pójdą za mną inni, że pierwszy etap w przystosowaniu, jakie kraj musi podjąć, jeżeli jest kandydatem do Unii, to stwierdzenie, że Unia ta zawiera 25 członków, a nie 24. Turcja nie rozpoczęła stosowania protokołu uzupełniającego z Ankary i wciąż go nie ratyfikowała. Nadal odmawia ona dostępu do portów oraz portów lotniczych statkom i samolotom z międzylądowaniem na Cyprze, nawet jeśli unia celna między Turcją i Unią Europejską jest pełna. To jest nie do zaakceptowania. Nie przestawałem tego mówić. Powtórzę to jeszcze. Wnoszę o to, aby otwarcie zawieszono nowe rozdziały w procesie przyłączania Turcji, dopóki nie ratyfikuje ona i prawdziwie nie wprowadzi w dobrej wierze protokołu z Ankary.

•••
3/ Jak zmodernizować finansowanie Unii europejskiej, jaką obrać politykę? Unia nie potrzebuje jedynie nowych reguł. Potrzebuje ona pewnego minimum środków finansowych. Zgoda otrzymana w grudniu 2005 r. dla budżetu europejskiego na lata 2007-2013 przewiduje klauzulę spotkania w 2008-2009. Musimy wykorzystać tę okazję, aby przejść do ambitnej reformy budżetu europejskiego. Aktualny system karze ponosić wydatki europejskie budżetom narodowym. Jest to nielogiczne i niewłaściwe, nie do zniesienia dla krajów płatników netto oraz niezrozumiałe dla obywateli. Wydatki europejskie winny być finansowane ze źródeł europejskich w ten sam sposób, co podatki lokalne finansują wydatki lokalne. Będzie to jedną z ważnych spraw na czas prezydencji francuskiej. Godne zauważenia jest, aby Parlament europejski oraz Parlamenty narodowe powzięły inicjatywę pracowania nad tym razem, aby zasilić refleksję rządów. Upieram się, żeby pogratulować Alain Lamassoure za pracę założycielską, jaką prowadzi obecnie w tej dziedzinie w sposób jednocześnie nowatorski i konsensualny.

Tak jak on, wierzę, że wszelkie reformy będą musiały być prowadzona z zachowaniem szczególnie dwóch zasad.
- respektowanie suwerenności fiskalnej krajów – to właśnie one muszą zachować możliwość decydowania o tworzeniu lub przeznaczenia podatku.
- oraz zasadę stałości: Europa buduje się na stałym obciążeniu fiskalnym, na stałych wydatkach publicznych, na ogólnych kosztach stałych. I to nie dlatego, że zadanie jest przelane na poziom europejski, że musi ona drożej kosztować podatnika, przeciwnie. Europejski Trybunał Obrachunkowy oraz jego odpowiedniki narodowe posiadają środki techniczne, aby zweryfikować respektowanie takiej zasady, która powinna według mnie być wpisana do traktatu.

Chciałbym przedstawić drugą propozycję dotyczącą budżetu. Zasadnicza różnica między Unią Europejską a systemem federalnym spoczywa na poziomie bardzo niewielkiego budżetu wspólnego: dotyczy on praktycznie tylko wyłącznych kompetencji Unii. Wiadomo, że w wielu dziedzinach powodzenie polityki europejskiej zależy tak samo, a nawet bardziej, od mobilizacji środków narodowych. Tak jest oczywiście w przypadku "celów Lizbońskich": 80% narzędzi do wdrożenia zależy od decyzji narodowych i budżetów narodowych. Jest tak również na przykład w kwestii polityki zagranicznej, bezpieczeństwa i obrony, na które Francja oraz Zjednoczone Królestwo wydają dużo więcej, niż inne kraje członkowskie.

A przecież i rządzący, i wybrani, i obywatele- wszyscy potrzebujemy wiedzieć, ile poświęcamy na finansowanie wspólnych celów, czy to chodzi o taki czy inny cel. Podobnie, obok budżetu wspólnotowego, widocznej części góry lodowej, wydaje mi się konieczne ustalenie każdego roku tabeli finansowania, w której każdy kraj wpisywałby wkład, jaki jest gotowy wnieść ze swojego budżetu narodowego dla realizowania celów polityki europejskiej: byłby to pewnego rodzaju "budżet-bis", część zanurzona góry lodowej, ale bez wątpienia dużo wieksza, niż część widoczna. Działanie nie miałoby jedynie własności pedagogicznej: prowadziłoby do lepszego równoważenia wysiłków jednych i drugich. I to byłby pierwszy etap w kierunku nowego podejścia do finansów publicznych, w tej wielonarodowej całości, wyposażonej we wspólną monetę.

•••

4/Jak zmodernizować życie polityczne w Europie?
Nie zadawala mnie sposób, w którym organizuje się europejskie życie polityczne. Wybory Parlamentu Europejskiego w bezpośrednim głosowaniu powszechnym w 1979 r. były wspaniałym demokratycznym krokiem naprzód. Ale należy z mocą stwierdzić, że wybory europejskie nie są okazją do prawdziwego wspólnego wyboru na szczeblu europejskim: w każdym kraju członkowskim, kwestie roztrząsane w trakcie tych wyborów są to głównie kwestie narodowe i nie istnieje żadna kampania europejska. To właśnie wyjaśnia fakt, iż rosnąca liczba wyborców, ponieważ nie dostrzega wyraźnie stawki tych wyborów, czyni z nich pewnego rodzaju „demokratycznym wentylem bezpieczeństwa” lub po prostu jawnie je ignoruje.

A przecież wiadomo, że chodzi o kwestię ważną, jeżeli się pragnie, aby nasi współobywatele naprawdę przyjęli do siebie polityczną debatę europejską. Jak to uczynić, by wybory do Parlamentu Europejskiego były okazją do prawdziwych wspólnych wyborów europejskich?

Proponuję formułę jednocześnie śmiałą i prostą do wprowadzenia: pozwolić, aby listy krajowe tej samej europejskiej rodziny politycznej mogły się połączyć ze sobą. W ten sposób listy, które we Francji, w Niemczech, we Włoszech lub gdzieś indziej należą do rodziny PPE mogłyby połączyć się, aby stanowić całość, wspólny, jeden i ten sam program dla Europy. Inne rodziny polityczne dysponowałyby tą samą swobodą, by uczynić podobnie: PSE, Liberałów, Zielonych, itd. W ten sposób wybory europejskie byłyby rzeczywiście okazją do kampanii europejskich, na tematy europejskie, aby bronić europejskich programów politycznych.

Dlaczego by nie wprowadzić tej formuły szybko, od momentu jeszcze zanim dojdzie do wyborów w 2009 r., przynajmniej wśród członków pragnących wykonać ten ważny krok. Francja i Niemcy mogłyby otworzyć drogę, umożliwiając listom obu krajów połączenie między sobą i decydując, aby wyniki ostateczne były uchwalane na podstawie wyników otrzymanych w skali francusko-niemieckiej, na drodze wykorzystania reszty, wraz z premią w postaci miejsc na listach stanowiących przedmiot połączenia pokrewnych list wyborczych francusko-niemieckich. Jednak ten system winien być oczywiście otwarty dla wszystkich krajów pragnących w tym uczestniczyć, dla wszystkich krajów, które chcą, by Unia była budowana na cokole politycznym i demokratycznym, coraz bardziej solidnym i ambitnym: myślę tu zwłaszcza o krajach założycielskich, o Hiszpanii i Portugalii oraz o innych. Chodziłoby o dobrowolny wybór tych krajów w sprawie organizowania wspólnie kwestii desygnowania ich deputowanych do Parlamentu europejskiego, co mogłoby doskonale dokonać się w ramach obecnych traktatów.

Pójdę jeszcze dalej: pragnę, aby każda rodzina polityczna, a przynajmniej moja, PPE, wskazała przed wyborami europejskimi, jakiego mężczyznę lub jaką kobietę chciałaby widzieć jako przewodniczącego Komisji Europejskiej, gdyby wygrała wybory. Najlepszym sposobem oddania władzy naszym współobywatelom jest taki, by im zaproponować bezpośredni wpływ na wybór przewodniczącego Komisji. Czyniąc to, ich głos określi kierunek polityki europejskiej na następne 5 lat. To właśnie zaproponuję swoim partnerom z PPE.

Uważam za niezbędne, żeby partia PPE stała się prawdziwą europejską partią polityczną. Musimy wraz z naszymi partnerami, począwszy od UMP do PPE, przygotować wybory europejskie w 2009 r. Musimy zastanowić się nad odpowiedziami, jakie moglibyśmy zaproponować w kwestiach strategicznych, jakie stawiane są przed Europejczykami, a których żaden kraj nie jest w stanie skutecznie uregulować sam. Kampania 2009 będzie wówczas okazją do prawdziwej dogłębnej debaty o przyszłości Unii, a reprezentanci partii PPE do Parlamentu Europejskiego dysponować będą w ten sposób klarownym mandatem demokratycznym. Będziemy musieli do tego celu podjąć inicjatywę polityczną, by pójść dalej razem. Zaproponuję zatem bratnim partiom, poczynając od UMP, utrzymanie w łonie partii PPE konwencji europejskiej, aby wyłonić wspólne linie na wiele z poniższych tematów:

- imigracja: - posiadanie przestrzeni wolnego ruchu jest postępem, jaki rozważamy każdego dnia. Jednak nie wyciągnęliśmy z tego jeszcze dotąd wszystkich wniosków. Musimy stworzyć policję europejską do spraw imigracji oraz stworzyć wyłączne konsulaty dla krajów przestrzeni Schengen.

- - środowisko: - spoczywa na nas podstawowa odpowiedzialność przed naszymi narodami, a zwłaszcza wobec najmłodszych pokoleń. Musimy zorganizować ochronę środowiska.
- - energia: - przypominam, iż dwa spośród trzech traktatów założycielskich odnoszą się do kwestii energii: traktat CECA oraz traktat Euratom. Jednak od tamtego czasu nie umieliśmy uczynić z energii prawdziwej wspólnej polityki według modelu wspólnotowej polityki rolnej. A przecież Unia Europejska musi mówić jednym głosem, kiedy negocjuje ze swoimi wielkimi dostawcami energii, takimi jak Rosja. Musi ona wspólnie ograniczyć swoją zależność od węglowodorów. Musi ona w sposób zamierzony inwestować w urządzenia do produkcji i łączności.

- - ekonomia i pieniądz: - musimy wzmocnić rolę polityki w ekonomicznym pilotowaniu strefy Euro. Na przykład Unia nie może dłużej pozostać obojętna wobec wartości Euro w stosunku do ogromnej strefy dolara, do której przyłączają się kraje rozwijające się. A przecież artykuł 111 traktatu precyzuje, iż podstawowa orientacja polityki wymiany zależy nie od Banku Centralnego ale w rzeczywistości od rządów, od Rady rozstrzygającej większością kwalifikowaną. Zważywszy, że Eurogrupa jest wyposażona w stałego Przewodniczącego o dużym autorytecie, Eurogrupa posiada wszelkie racje oraz wszelkie środki, by opanować tę fundamentalną kwestię. Dodatkowo, nadszedł moment, by zapewniać we wszystkich negocjacjach i instancjach międzynarodowych jedną wspólną reprezentację krajów członkowskich strefy euro.

Tutaj również chodzi jedynie o zastosowanie traktatów.
- - obrona europejska: - pomimo niepodważalnych pomyślnych wyników, zewnętrznym działaniom Unii europejskiej wciąż jeszcze brakuje cechy widoczności. Musimy wzmocnić nasze wspólne narzędzia, jak europejska agencja zbrojeniowa, lub sztab europejski. Chciałbym podkreślić również, iż zbyt zwlekaliśmy z wprowadzeniem europejskich sił obrony cywilnej, co jest moim życzeniem od dłuższego czasu i co Michel Barnier zalecał swoim raporcie. Ileż katastrof naturalnych koniecznych będzie, abyśmy powzięli wreszcie decyzję?
•••

Panie i Panowie,
Rok 2007 będzie rocznicą traktatu rzymskiego. Będzie on również okazją do wielkiej demokratycznej debaty we Francji. Nie zamierzam pozostawić kwestii przyszłości Europy poza ta debatą. Nie mam zamiaru ukrywania moich przekonań europejskich. Ponieważ wierzę w Europę, mam obowiązek być Europejczykiem wymagającym. Odpowiedzialność Francji będzie wielka w roku 2008. Prezydencja francuska będzie musiała znaleźć wiele porozumień i kompromisów na wiele projektów oraz pytań. Musimy się do tego przygotować już od teraz.

Nicolas Sarkozy
(Przewodniczący UMP - Union pour un Mouvement Populaire)

Powrót  Drukuj