Konieczność obrony przeciwrakietowej w XXI wieku
Jakie są fakty?
Proliferacja broni masowego rażenia – przede wszystkim broni nuklearnej – jest faktem i nic się chyba w tej sprawie – pomimo najlepszych chęci – nie zmieni. Czasy, gdy bronią jądrową dysponowało tylko pięć mocarstw (USA, ZSSR, Wielka Brytania, Francja i Chiny) należą do przeszłości. Potem dołączyły do nich Izrael i RPA (w okresie apartheidu, później RPA samo zrezygnowało z arsenału jądrowego, podobnie jak Ukraina, Białoruś i Kazachstan po rozpadzie ZSRR). Jeszcze później właścicielami broni nuklearnej stały się Indie i Pakistan, oraz oczywiście Korea Północna. O zdobycie bomby atomowej stara się w tej chwili Iran a według prognozy mógłby cel ten osiągnąć w ciągu 4-5 lat.
Oprócz tego szybki rozwój następuje na polu technologii rakietowych. Korea Północna już skonstruowała rakietę wielostopniową, a w tej chwili podobne próby (najprawdopodobniej z pomocą Korei) podejmuje Iran.
Możemy także założyć, że jeżeli ilość państw posiadających bombę atomową przekroczy pewną granice, lawinowo wzrośnie ilość państw, które zaczną starać się o to samo. Kraj średniej wielkości i przeciętnego znaczenia bez trudu pogodzi się z faktem, że bombę atomową posiadają wielkie mocarstwa. Ale jak zareaguje, gdy broń jądrową zdobędą również państwa biedniejsze, mniejsze i bardziej problematyczne? A w dodatku jego bliscy sąsiedzi. Czy będzie wtedy mógł sobie pozwolić na luksus nie posiadania broni jądrowej? Jeżeli we wschodniej Azji broń nuklearną mają Rosja, Chiny, USA (na swoich okrętach) oraz Korea Północna - czy Japonia w dłuższej czasowej perspektywie może z takiej broni zrezygnować? Zwłaszcza o ile Korea będzie nadal zachowywać się w sposób nieprzewidywalny i prowokacyjny? A mały Tajwan - jeżeli czuje się zagrożony przez wielkie Chiny? A ogromna Indonezja - dlaczego ona nie może mieć bomby? Albo Wietnam, również graniczący z Chinami, naród sławnych wojowników...
Na Bliskim i Środkowym Wschodzie jest tak samo: jeżeli Iran wejdzie w posiadanie broni jądrowej, nie będzie wyłącznie realnym zagrożeniem dla Izraela (mam na myśli Iran z obecnym teokratycznym reżimem ajatollahów), ale będzie także – jako kraj szyicki i etnicznie perski – postrzegany jako groźba przez państwa sunnickie i etnicznie arabskie. A największe z nich – Egipt i Arabia Saudyjska – też bez wątpienia zaczną rozwijać technologie produkcji bomby. A jeśli Persowie i Arabowie – to dlaczego nie Turcy? I tak dalej… Proliferacja stanie się procesem nie do zatrzymania.
Powiedzmy w ten sposób: wiek XXI będzie o wiele bardziej „różnorodny“ niż wiek XX. Nie mam jednak na myśli tego, że będzie bardziej malowniczy, czy że świat będzie lepszym miejscem do życia.
Co będzie, jeżeli strategia odstraszania zawiedzie?
Przeciwnicy tarczy antyrakietowej mogą liczyć tylko na jedno: że nigdy nie będziemy potrzebować ochrony przed atakiem rakietowym, ponieważ upowszechnienie broni jądrowej jest bez znaczenia w tym sensie, że taka broń nigdy nie zostanie wykorzystana.
Jest to wiara, która nadzieję stawia wyżej niż doświadczenie. Dotąd bowiem każda broń, którą ludzkość stworzyła wykorzystywana była, i to w sposób bardzo intensywny. Również bomba atomowa została użyta – już dwa razy.
Zwolennicy tezy, że groźba przeciwnatarcia i wzajemnego zniszczenia jest wystarczającą gwarancją, mogą argumentować, że w przypadku broni jądrowej mamy do czynienia z wyjątkiem: jest ona tak destrukcyjna, że zmusza strony konfliktu do ostrożności i wstrzemięźliwości – do nie używania broni jądrowej. Przykładem oczywiście może być zimna wojna, podczas której doktryna wzajemnego zniszczenia zapobiegła wojnie nuklearnej pomiędzy USA i Związkiem Radzieckim.
Teza ta opiera się jednak o jedno – nie wyrażone wprost – założenie, oraz o jedną sprzeczność – również oficjalnie przemilczaną, które wiarygodność teorii odstraszania obalają na poziomie empirii.
Owo przemilczane, nieoczywiste, założenie brzmi: władcy dysponujący bronią jądrową zawsze zachowują się racjonalnie i przewidywalnie, głównie w tym sensie, że nie chcą umierać. Nie pragną śmierci swojej, swe rodziny, swojego reżimu, swego kraju. W tym sensie władcy komunistyczni, od Stalina do Gorbaczowa byli racjonalni i przewidywalni. Swój własny koniec, koniec reżimu i rewolucji komunistycznej, „matki“ Moskwy czy Świętej Rusi, nie był ich celem. Byli bezlitośni i okrutni wobec bezbronnych, ale ostrożni wobec równych sobie. Jako dobry ateiści nie wierzyli w życie po śmierci – a więc chcieli przeżyć. Jedyne życie jest tu na Ziemi - dlaczego je tracić?
Ale czy mamy jakąś gwarancje, że podobnie będzie z wszystkimi właścicielami broni jądrowej? Nigdy nie będzie wśród nich fanatyka religijnego z jakąś szaloną wizją eschatologiczną, który będzie uważał, że nuklearna apokalipsa spowoduje przyjście upragnionego mesjasza czy ostatniego immama? I dla którego śmierć własna, rodziny i całego kraju będzie wejściówką do raju? Odpowiedź brzmi: tacy ludzie istnieją – jest ich całkiem sporo, ale jak na razie nie mają jeszcze broni jądrowej (gdyby ją mieli, już dawno by ją wykorzystali).
Czy obecny prezydent Iranu Ahmadinedżad to jedna z takich osób? Niektóre z jego wystąpień sprawiają takie wrażenie. Nie znamy stuprocentowo pewnej odpowiedzi. Jednak pytanie, które należy postawić brzmi: czy chcemy to wypróbować? Chcemy czekać i sprawdzić, jak jest w rzeczywistości?
Znamy już jednego polityka, na którego perspektywa jądrowego przeciwuderzenia i zniszczenia całego kraju wraz z mieszkańcami nie zadziałała. W dodatku nie chodziło o żadnego religijnego fanatyka wierzącego w życie po śmierci, ale o „religijnego fanatyka” z komunistycznego chowu: był nim Fidel Castro. Dziś, po otwarciu wszystkich archiwów wiemy, że podczas kubańskiego kryzysu w roku 1962 kilkakrotnie wzywał Chruszczowa – wręcz błagał go – o wydanie rozkazu do ataku sowieckich rakiet jądrowych rozmieszczonych na Kubie na USA, nawet jeżeli miało to oznaczać totalną anihilację wyspy. Castro gotów był poświęcić Kubę na ołtarzu rewolucji socjalistycznej za cenę zadania poważnego ciosu „imperialistom“. Mamy szczęście, że to nie on miał wówczas kontrolę nad nuklearnym arsenałem!
Przykład ten daje nam odpowiedź dotyczącą sporu o to, czy strategia odstraszania - grożenie napastnikowi niszczącym przeciwuderzeniem - zadziała zawsze wobec każdego, komu przyjdzie do głowy odpalenie pierwszej rakiety z ładunkiem jądrowym. Odpowiedź brzmi: nie zadziała.
Inaczej mówiąc: polityka odstraszania pierwszego ataku jądrowego przez groźbę niszczącej zemsty nie daje pewności, że do takiego ataku nie dojdzie. A kiedy naprawdę do niego dojdzie, jaki sens ma najtwardsze nawet przeciwuderzenie? Naszym zabitym to już nie pomoże, a dojdzie tylko do niepotrzebnej masakry cywilów, którzy często są wyłącznie niewolnikami swoich tyrańskich władców.
Tak więc czy nie lepiej jest dobrze chronić własnych obywateli niż masakrować mieszkańców innego kraju? Z pewnością tak! Skąd więc bierze się ten irracjonalny opór wobec tarczy antyrakietowej?
Wiadomo, warto by było, gdyby każde państwo, łącznie z Republiką Czeską mogło zbudować sobie własną tarczę. Dla małych krajów jest to jednak problem, którego nie są w stanie udźwignąć z powodu ogromnych kosztów. Czy więc sytuacja, w której jakieś inne, bogate państwo, w dodatku nasz bliski sojusznik, oferuje nam, że tarczę antyrakietową zbuduje, z własnych pieniędzy, nie tylko dla nas, ale także dla siebie i innych krajów – nie wygląda jak dar z niebios? Czyż świat nie jest wspaniały? W przypadku tarczy antyrakietowej proponowanej przez USA wielu uważa, że nie jest. Ale dlaczego?
Sojusz z USA
Dlaczego powinno nam – ze względu na bezpieczeństwo Europy – zależeć na zachowaniu amerykańskiej obecności wojskowej na naszym kontynencie?
Po pierwsze - doświadczenie historyczne. USA w XX wieku trzy razy pomogło Europie – podczas I i II wojny światowej a później podczas zimnej wojny. W dwóch ostatnich Ameryka uratowała wręcz sam ustrój oparty na wolności i władzy przedstawicielskiej – demokrację liberalną – na kontynencie europejskim.
Po drugie – USA nie jest mocarstwem europejskim w sensie geograficznym, a więc żadnemu państwu europejskiemu nie zagraża amerykańska ekspansja.
Po trzecie, obecność USA w Europie, a więc obecność supermocarstwa, które w przeszłości zawsze broniło w Europie wolności a które samo nie zamierza w Europie podejmować prób ekspansji, jest gwarancją, że na naszym kontynencie nie dojdzie do radykalnego wzmocnienia pozycji któregoś z państw, które stałoby się zagrożeniem dla swoich sąsiadów, przede wszystkim mniejszych krajów europejskich. Historia Europy to dzieje prób podejmowanych przez kolejne państwa w celu opanowania kontynentu czy zdobycia w Europie dominacji. Prób, na które słabsze państwa odpowiadały tworzeniem koalicji przeciwko mocarstwu. Europa raz po raz wpadała w spiralę realpolitik, która prowadziła do kolejnych konfliktów na skalę kontynentalną. Ale właśnie wojskowa i polityczna obecność w Europie pozaeuropejskiego mocarstwa, któremu nie jest w stanie stawić czoło żadne z mocarstw lokalnych, prowadzi do sytuacji, w której żadne z państw nie może żywić nadziei na dominację na kontynencie, a mniejsze państwa odzyskują komfort psychiczny. Inaczej mówiąc – amerykańska obecność w Europie zapobiega temu, aby Europa stała się groźbą sama dla siebie i nie musiała się już powtórki z historii obawiać.
W końcu po czwarte, obecność USA w Europie służy również do tego, żeby Europa nie stała się ofiarą jakiegoś innego mocarstwa ze Wschodu. Wojskowa i polityczna obecność USA może uratować Europę przed nową „finlandyzacja“ w obliczu zagrożenia z poza kontynentu. Może pomóc w odrzuceniu pokusy dostosowania się do nacisków ze strony Rosji, pokusy nowego appeasementu.
Można więc wnioskować, że transatlantycki sojusz w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony pomiędzy Europą i Ameryką to obecnie najcenniejsze aktywa naszego kontynentu. Jaki związek to ma z amerykańską tarczą antyrakietową, która ma chronić Europę i Amerykę?
W Europie powtarzane są szczególnie dwa zarzuty ze sfery strategii. Po pierwsze istnieje obawa, że amerykański system obrony przeciwrakietowej naruszy strategiczną równowagę nuklearną pomiędzy Rosją i Zachodem, co doprowadzi do radykalizacji polityki rosyjskiej, zatrzymania procesu rozbrojenia oraz ponownego wzrostu ilości rosyjskich głowic jądrowych. A po drugie, chodzi o obawę, że powstanie systemu obrany przeciwrakietowej zwiększy poczucie bezpieczeństwa Amerykanów, którzy z tego powodu stracą ochotę na obronę Europy przed groźbami z Bliskiego Wschodu, które w innym przypadku byłyby również groźbami zaadresowanymi Ameryce. Inaczej mówiąc: Amerykanie zamkną się za murami swej tarczy antyrakietowej, wycofają się z reszty globu i zrezygnują z udziału w obronie Europy.
Pierwszy z zarzutów jest fałszywy. Współczesne technologie umożliwiają zestrzelenie wyłącznie ograniczonej ilości rakiet, nie setek czy tysięcy. Tak więc system obrony przeciwrakietowej ma być skierowany przeciwko nieodpowiedzialnym reżimom czy grupom zbrojnym, które dysponują niewielkim arsenałem jądrowym. W żaden sposób nie zniżyłoby to siły uderzeniowej Rosji. I Rosja to wie. Sama zresztą rozważa w tej chwili wybudowanie własnego podobnego systemu – i nie można temu nic zarzucić.
Zarzut drugi również nie wytrzymuje krytyki. W jakim przypadku Amerykanie będą woleli bronić Pragi, Londynu, Paryża: wtedy, gdy Nowy York, Chicago i Los Angeles będą chronione czy bezbronne wobec ataku rakietowego? Właśnie bezpieczeństwo zapewnione własnym miastom sprawi, że Amerykanie będą z większą ochotą angażować się do obrony miast i krajów sojuszniczych.
A właśnie tarcza antyrakietowa, chroniąca zarówno Amerykę i Europę, jest niezbędnym (choć nie wystarczającym) warunkiem zachowania sojuszu euro-amerykańskiego. Bowiem jeśli choć jeden muzułmański, anty-zachodni kraj z Bliskiego Wschodu zdobędzie rakiety z dostatecznym zasięgiem – a to się w pierwszej dekadzie XXI wieku niemal na pewno przynajmniej jednemu z nich uda – wraz z arsenałem broni masowego rażenia, konsekwencje będą następujące:
Po pierwsze i przede wszystkim: zagrożenie atakiem jądrowym na jedną lub więcej metropolii europejskich.
Po drugie, dla państw europejskich i ich rządów będzie to oznaczało utratę wolności wyboru w stosunku do reżimów bliskowschodnich. Mieszkańcy krajów zachodnich staną się zakładnikami owych reżimów a kraje Zachodu pozbawią się zdolności stawić im w odpowiedni sposób czoła.
A po trzecie, dojdzie do geostrategicznej dywergencji pomiędzy Europą i Ameryką. Ameryka będzie miała swój system obrony przeciwrakietowej, Europa nie. Jeżeli choć jeden z bliskowschodnich islamskich reżimów zdobędzie broń masowego rażenia oraz rakiety, które będą mogły dolecieć przez Morze Śródziemne do Europy, sytuacja naszego kontynentu i sytuacja USA będą się dramatycznie różnić. Politycy europejscy nie będą chcieli ryzykować kolosalnej masakry własnych obywateli. Europa przestanie więc być rzeczywistym sojusznikiem Ameryki. Sojusz Północnoatlantycki rozpadnie się – niekoniecznie formalnie, ale de facto stanie się martwą organizacją.
Amerykańska tarcza antyrakietowa w Czechach
Spośród zarzutów, które są stawiane wobec obecności części amerykańskiej tarczy antyrakietowej w na terytorium Republiki Czeskiej, związanych z koncepcją bezpieczeństwa Czech (a więc nie tych, które są wyłącznie rezultatem nienawiści do USA a bezpieczeństwo naszych obywateli jest dla nich bez znaczenia), najważniejsze są dwa argumenty. Po pierwsze, Czechy trzymają się z dala od poważnych konfliktów i z punktu widzenia polityki międzynarodowej są krajem bez znaczenia. Jeżeli nie będziemy przypominać o swoim istnieniu, nikt nie będzie chciał nas atakować. Zaatakuje Amerykę, albo co najwyżej Wielką Brytanię albo Francję, ale nie nas. A amerykańska baza na naszym terytorium niepotrzebnie zwróciłaby na nas uwagę świata. Zrobilibyśmy sami z siebie cel potencjalnej napaści.
A po drugie, jeżeli dojdzie do konfliktu, baza na naszym terytorium – a więc także nasz kraj i jego mieszkańcy – staną się pierwszym celem ataku.
Jeżeli chodzi o zarzut pierwszy: być może taki scenariusz jest prawdziwy, ale nigdy nie mamy pewności. Nie wiemy, czy ktoś kiedyś nie będzie chciał nas zaatakować przy pomocy rakiet z głowicami jądrowymi. Wiemy jednak, że jeśli będzie miał taką ochotę – jego atak przyniesie całkowity sukces, bo nie będziemy mieli obrony przeciwrakietowej.
Oczywiście oprócz tego jest jeszcze pytane, czy los Londynu, Paryża czy Rzymu jest dla nas zupełnie obojętny? Czy nie budzi naszego niepokoju perspektywa, że kilka europejskich metropolii zostanie zniszczonych, byle tylko nie chodziło o tą naszą? System obrony przeciwrakietowej na naszym terytorium mógłby ocalić także inne miasta, ale nas to nie interesuje, ponieważ liczy się wyłącznie, że pozostaniemy krajem w cieniu, krajem bez znaczenia. Tacy z nas Europejczycy? Nic nie robić i mieć nadzieję, że wilki zjedzą nas jako ostatnich?
Zarzut drugi: owszem, w przypadku konfliktu baza na naszym terytorium mogłaby być jednym z pierwszych celów. Ale przecież chodzi o to, żeby taki konflikt w ogóle się nie rozpoczął. Kiedy złodziej zdecyduje się okraść wasze mieszkanie, zacznie od „ataku“ na zamek w drzwiach. Ale czy to jest powód do rezygnacji z zamka lub zostawiania otwartych drzwi? Kiedy wróg napadnie na nasz kraj przy pomocy lotnictwa, jego pierwszym celem będzie nasza obrona przeciwlotnicza. Czy to jest powód do rezygnacji z obrony przeciwlotniczej? Posiadanie zamku w drzwiach czy obrony przeciwlotniczej odstrasza potencjalnego agresora, przede wszystkim dlatego, że wie on, że atak (włamanie) może się nie udać. Ryzyko, które musi podjąć sprawia, że może on uznać, iż taki krok po prostu mu się nie opłaca.
Wojny i ataki nie zaczynają się dlatego, że państwa dysponują bronią, ale wtedy, gdy potencjalny agresor żywi subiektywne przekonanie, że cena, którą będzie musiał zapłacić jest relatywnie niska, a zysk z napaści bardzo wysoki. Od napaści może go zniechęcić wyłącznie jego subiektywne przekonanie, że atak mu się nie opłaca, że nie osiągnie swoich celów, wręcz przeciwnie: zapłaci za niego nieproporcjonalnie wysoką cenę. A to subiektywne przekonanie może w nim wywołać wyłącznie nasza zdolność do obrony. Tak więc tarcza antyrakietowa nad Europą doprowadziłaby do obniżenia prawdopodobieństwa takiego ataku, a nie go zwiększyła. Można powiedzieć, że dzięki niej obniży się prawdopodobieństwo tego, że agresor przeprowadzi atak zakończony swoim sukcesem, a nasza zdolność do efektywnego przeciwuderzenia pozostanie bez zmian. (tłum. Maciej Ruczaj)
Roman Joch