Postępująca erozja Doktryny Busha
Neokonserwatyzm w odwrocie
Colin Powell nazwał swego czasu wojnę w Wietnamie niezrozumiałym dla Amerykanów konfliktem podjętym bez przekonania i z niejasnych powodów. Z kolei John Quincy Adams przestrzegał w 1821 roku, aby nie kierować swego wzroku poza granice w poszukiwaniu potworów, które można by zniszczyć. Stany Zjednoczone George`a W. Busha wdały się w kolejną wojnę, co zresztą w historii tego kraju nie jest niczym nowym. Jak nie bez dozy ironii zauważył publicysta i weteran wojny w Wietnamie, Andrew J. Bacevich, Amerykanie przywykli do tego, że czytając poranną gazetę są informowani o „amerykańskich żołnierzach reagujących na jakiś kryzys gdzieś na drugim końcu planety”.1 Nie inaczej jest za tej prezydentury, która miała być czymś nowym, stanowiącym o jakościowej zmianie po epoce Billa Clintona. Mianowanie sekretarzem stanu weterana z Wietnamu Powella dawało społeczności międzynarodowej cichą nadzieję, że Stany Zjednoczone opierać się bardziej na dyplomacji niż na sile. Powell był jednym z nielicznych zwolenników dyplomacji i multilateralizmu w polityce zagranicznej, opowiadającym się przeciwko nierozważnym operacjom zbrojnym bez „strategii wyjścia”. Początek prezydentury
George`a W. Busha nie zapowiadał światowej krucjaty ideologicznej, charakterystycznej bardziej dla Demokratów niż Republikanów. Prezydent George W. Bush nie mówił o „osi zła”, „reżimach”, „zagrożonych prawach człowieka”, lecz o gospodarce, deficycie budżetowym i reformie służby zdrowia. Bezpieczeństwo kraju utożsamiał z bezpieczeństwem energetycznym, a nie militarnym. Zapowiadał „skromność prawdziwej siły i pokorę prawdziwej wielkości”. Nic nie wskazywało, że stanie się wilsonowskim neofitą. Początki tej „wytypowanej” prezydentury, jak nazywa ją Susan Sontag, nie były zachęcające – neokonserwatyści, jak W. Kristol otwarcie przyznają, że nie wiązali zbyt wielkich nadziei z nowym Bushem – „W trakcie pierwszych miesięcy prezydentury byliśmy całkowicie krytyczni wobec niego.
Nie nastąpił wzrost wydatków obronnych, ani zmiana w clintonowskiej polityce wobec Chin (…), polityka wobec Iraku nie uległa zmianie (…) Do 10 września 2001 roku nic nie wskazywało na to, że Bush w jakiś fundamentalnych kwestiach realizuje naszą wizję polityki zagranicznej”. Niespodziewane zamachy 11 września zmieniły kierunek amerykańskiej polityki zagranicznej. Osłabiły pozycję Powella w Białym Domu a do głosu doszli zwolennicy twardego kursu (zwanego też „twardym Wilsonianizmem”) – neokonserwatyści, którzy „porwali” prezydenta swoją stanowczością i entuzjazmem. Nawet Condoleezza Rice zdawała się jakby częściej zgadzać z Rumsfeldem niż z Powellem – pochwaliła ostry ton wypowiedzi prezydenta, była przeciwna czekaniu z wojną w Afganistanie na koniec Ramadanu i rekomendowała rozpoczęcie ofensywy od razu, gdy wojsko będzie gotowe, nie czekając na efekty pracy dyplomatów. Tym razem Departament Stanu był w defensywie. Neokonserwatyści, którzy swoje koncepcje geopolityczne zrodzili za czasów prezydentury Ronalda Reagana mieli swoje pięć minut. Ich program ideowy został spisany w 1992 roku przez Paula Wolfowitza, który nalegał na utrzymanie dominującej pozycji Stanów Zjednoczonych na świecie poprzez zwiększanie siły militarnej, tak, aby uniemożliwić pojawienie się nowego strategicznego konkurenta. Przez lata czekali aż w Białym Domu pojawi się ktoś przychylny wizji „Wielkiej Ameryki”, współpracowali z izraelskim Likudem, który wygrał wybory w 1996 roku tworząc dla niego projekty bezpieczeństwa, zakładające między innymi przerwanie rozmów z Palestyńczykami, powstrzymywanie Syrii i usunięcie Saddama Husseina. Krytykowano też na łamach „Foreign Affairs” wilsonowski multilateralizm Clintona i neoizolacjonistyczną koncepcję Patricka Buchanana, postulując powrót do neoreaganowskiej polityki zagranicznej.2 W roku 1998 neokonserwatyści skierowali nawet list do prezydenta Clintona otwarcie wzywając do obalenia Husseina.
Emanacją zmiany podejścia była nowa strategia bezpieczeństwa, w której na raz jeszcze zdefiniowano zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych, przedstawiono plan demokratyzacji świata i walki z terroryzmem. Swoiste połączenie pragmatycznej siły i romantycznego idealizmu. Nowa strategia walki z kolejnym po nazizmie i komunizmie „-izmem” była niezgodna z pragmatyką doktryny Powella, uznawaną przez neokonserwatystów za „przepis na bezczynność”. Kres multilateralizmu Powella był początkiem unilateralnej hegemonii Paula Wolfowitza. „Humanitarną politykę” ery Billa Clintona zastąpił idealizm George`a W. Busha. Była to zmiana niespodziewana, bo na początku swej prezydenckiej kadencji przyznał, że nie widzi potrzeby zwiększania wydatków Pentagonu w najbliższych dwóch latach. Jednym z podstawowych zarzutów wobec Stanów Zjednoczonych przez lata prezydentury George`a W. Busha było (i nadal jest) oskarżanie o wywołanie wojny w Iraku z powodu chęci zdobycia źródeł ropy. Jest to tylko po części prawda. Amerykanie są wszak w dość mocny sposób uzależnieni od importu surowców energetycznych, jednak z Zatoki Perskiej Amerykanie otrzymują jedynie 19 procent ropy.
Faktem jest, że takie uzależnienie sprawia, że „element energetyczny” kształtuje amerykańską politykę bezpieczeństwa, szczególnie w kontekście sytuacji na Bliskim Wschodzie, gdzie znajduje się 65,3 % wszystkich roponośnych zasobów świata. Silny Irak Husseina (lub też jednego z jego synów) rozdawałby karty w regionie utrudniając dostęp do ropy naftowej. W wojnie chodziło również o coś innego – o mniej lub bardziej realną wizję demokratycznego Bliskiego Wschodu. To właśnie demokratyzacja reżimów stanowiła jeden z filarów Doktryny Busha. Zdaniem neokonserwatystów, takich jak William Kristol i Robert Kagan, „droga do bezpieczeństwa i pokoju biegnie przez Bagdad”.3 W. Kristol zaproponował, że po „wyzwoleniu” Iraku następnym celem (niekoniecznie militarnym) powinien być Iran. Wtórował mu Michael Ledeen ze swoją „misją szerzenia demokracji”.4 Tak jak Irak był (i nadal jest) postrzegany jako klucz do demokratyzacji całego Bliskiego Wschodu, tak Bliski Wschód jest uznawany za klucz bezpieczeństwa w szerokiej, strategicznej perspektywie. Nic dziwnego, że region ten od wieków jest miejscem zainteresowania mocarstw. Bliski Wschód to jednak rejon wyjątkowo zdradliwy, gdzie „potrzeba narzuconego z zewnątrz porządku miesza się dramatycznie z pragnieniem, aby go obalić, wykorzystać go, lecz mimo wszystko zwalczać”.5 Kwestia rzekomych powiązań Husseina z bin Ladenem była sprawą drugorzędną i w kontekście strategicznego, długofalowego bezpieczeństwa nie miała znaczenia. Irak od 11 lat był wrogiem Stanów Zjednoczonych – Hussein próbował dokonać zamachu na prezydenta Busha, starał się wejść w posiadanie broni masowego rażenia, prowadził wojnę z Iranem, zaanektował Kuwejt, atakował SCUD-adami Izrael, finansował palestyńskie bojówki. Co więcej – zakładali zwolennicy interwencji – gdyby Irak wszedł któregoś dnia w posiadanie broni atomowej doprowadziłoby to do destabilizowania regionu a być może wojny z Izraelem. Jednym słowem – był wrogiem, którego należy zniszczyć. Z punktu widzenia amerykańskiego interesu narodowego jest to oczywiste.
Teoretycznie plan wydaje się sensowny i logiczny. Demokratyczny Irak dałby Amerykanom stabilnego sojusznika w regionie i strategiczny przyczółek. Tym samym zmniejszono by oparcie na reżimie Arabii Saudyjskiej. Demokratyzacja Iraku dałaby jasny sygnał innym krajom regionu – „jesteśmy w stanie zrobić to samo u was!” Teoretycznie ostudziłoby to Iran, co z kolei zwiększyłoby bezpieczeństwo sojuszniczego Izraela. Kolejnym etapem byłoby wywieranie presji na Teheran naciskając na demokratyzację. Demokratyzacja tak Iraku jak i Iranu mogłaby Nie wszyscy neokonserwatyści uznali, że Irak powinien być pierwszym celem. Dla Charlesa Krauthammera rewolucja demokratyczna powinna rozpocząć się w Afganistanie. Potem należało „zdemokratyzować” Syrię, a dopiero wtedy Irak i Iran. tchnąć wolność w Arabię Saudyjską, Syrię i Egipt.6 To z kolei doprowadziłoby do marginalizacji bojówek jak Hezbollah prowadząc do jeszcze większego bezpieczeństwa Izraela. Nie wynika to li tylko z romantycznego usposobienia neokonserwatystów skupionych wokół G.W. Busha, lecz z czystego pragmatyzmu. Przecież to właśnie oni krytykowali humanitarne interwencje w Somalii, Bośni, Kosowie czy Haiti. To właśnie neokonserwatyści opowiadali się za stosowaniem siły tylko w starannie wybranych przypadkach, gdy zagrożone są amerykańskie interesy. Nie można mieć złudzeń – żadne państwo nie zostanie mocarstwem przywdziewając szaty samarytanina ignorując własne interesy z czysto altruistycznych pobudek. Angażując się w jakiś konflikt, nawet w wojnę w Kosowie, za przesłankami humanitarnymi stoi zimna kalkulacja strat i zysków politycznych. Stabilny i kontrolowany przez Stany Zjednoczone Bliski Wschód nie tylko doprowadziłby do zaniku (a przynajmniej zmniejszenia) ruchu terrorystycznego, ale ułatwiłby dostęp do cennych zasobów ropy naftowej. Nawet gdy stało się nader jasne, że w Iraku sytuacja systematycznie pogarsza się, część neokonserwatystów – z Kristolem na czele – wzywała do zwiększenia amerykańskiego kontyngentu wojskowego w tym kraju oraz konfrontację z Iranem i Koreą Północną. Szybkie obalenie reżimu Saddama Husseina wywołało natychmiastowe reakcje państw pretendujących do mało zaszczytnego klubu „zła”. W grudniu 2003 roku Libia poinformowała o zrezygnowania z prób pozyskania broni atomowej, a nieco wcześniej rozpoczęto tajne rozmowy z Izraelem. Iran zmniejszył antyamerykańską retorykę dopuszczając kontrolę agencji IAEA (International Atomic Energy Agency), Syria wycofała swoje wojska z Libanu.
Wydawało się, że przeciwnicy Stanów Zjednoczonych zostali spacyfikowani przez fakt obecności amerykańskich G.I. u swych granic. Z czasem liczba zamachów na wojska koalicyjne wzrosła i nie wystarczyło tłumaczenie, że są to ataki nieskoordynowane i przypadkowe. Generałowie coraz śmielej przyznawali się do ciężkiej sytuacji. Niepowodzenia doprowadziły ostatecznie do dymisji Donalda H. Rumsfelda. Do ostrej krytyki przystąpili konserwatyści przyrównując wojnę w Iraku do Wietnamu: Chuck Hagel, William F. Buckley jr i Max Boot.7 Samuel Huntington, Francis Fukuyama czy Jeane Kirkpatrick wyrazili publicznie krytykę idei eksportu demokracji. Również Newt Gingrich, był lider republikanów w Kongresie stwierdził, że Stany Zjednoczone „kopią sobie grób w Iraku”. Nawet Kenneth Adelman, Michael Rubin i Henry Kissinger występują przeciwko administracji – chociaż wojna w Iraku była „wspaniałą i zacną ideą”, to realizacja w wykonaniu Białego Domu i Pentagonu okazała się „zwykłą fuszerką”.8 Choć wydarzenia polityczne i społeczne wymagają czasem dekad do ich oceny, to rok 2007 jest przedostatnim dla George`a W. Busha. Jego rewolucja kończy się niemal tak, gdzie się zaczęła. Widać paralele Wietnamu do Iraku nie były w pełni nieuzasadnione. Co zostało z Doktryny Busha? Wraz z drugą kadencją Biały Dom wyraził chęć ocieplenia stosunków z Europą (choć nadal postrzega ją za „strategiczne zaplecze”). Przesadą byłoby nazwanie współpracy z europejskimi partnerami za intensywne, jednak nie sposób nie zauważyć europejskiego zaangażowania w Afganistanie czy udziału koalicjantów w Iraku, trwają negocjacje z NATO w sprawie BMD. Nie ma już wojowniczej retoryki typowej dla okresu po 11 września 2001 roku. Nie ma już „frytek wolności” nazwanych tak na znak sprzeciwu wobec polityki „tak zwanego sojusznika” Francji na wniosek kongresmana Boba Neya.9 „Koniec polityki samotnego kowboja” i „powrót multilateralizmu” został ogłoszony przez Charlesa Krauthammera. Być może Waszyngton doszedł do słusznego wniosku, że tej wojny nie da się wygrać samemu i tylko za pośrednictwem „twardych” środków. Nie mówi się już o atakach prewencyjnych, kolejnym filarze polityki G.W. Busha. Sam prezydent George W. Bush też jakby się zmienił – pytany w 2004 roku o swój największy błąd nie był w stanie wskazać żadnego. W 2006 roku przyznał, że błędem był jego „ostry język”. Na początku 2007 roku przyznał, że popełniono spore błędy w Iraku, za które odpowiedzialny jest „tylko on sam”.10 W maju, tuż po tym jak szef IAEA – Mohamed El Baradei – nazwał pomysł ataku na Iran „planem wariatów” – Condoleezza Rice zapowiedziaa, że „Amerykanie pozostają na kursie dyplomacji”. Wojowniczy Dick Cheney, który wzywał do wojny z Iranem – został przywołany do porządku.
Poważne skutki zostawił konflikt z Pentagonem. Były Szef Sztabu USAF gen. Merrill A. McPeak nazwał współpracowników Rumsfelda „najbardziej arogancką grupą jaką pamięta”, a samego Rumsfelda uznał za autora „strat, które będą widoczne jeszcze za 50 lat”. Także kontrowersyjna koncepcja Donalda H. Rumsfelda transformacji i prymatu jakości nad ilością został z czasem zweryfikowana. Ambicje Białego Domu nie miały przełożenia w dostępnych środkach. Podstawa nowych brygad – kołowy Stryker – jest niszczony w Iraku tak szybko, że coraz głośniej mówi się o jego wycofaniu. Rozciągnięcie Sił Zbrojnych z powodu realizacji Doktryny Busha było tak duże a kadra tak mała, że pod koniec 2006 roku prezydent Bush zapowiedział zwiększenie liczebności Sił Zbrojnych. Od razu wsparli go były Szef Sztabu: gen. Peter J. Schoomaker i obecny – gen. George W. Casey Jr. Wątpliwości pozostaje wiele. Otwartym pozostaje pytanie czy „demokratyczny eksperyment” należało rozpoczynać akurat w Iraku, kraju o sztucznych granicach z niezbyt korzystną dla utrzymania jedności kraju strukturą religijno-etniczną. Amerykanie byli jednak przekonani, że w Iraku można powtórzyć to, co udało się w przeszłości – „Zrobiliśmy to z Niemcami, Japonią i Włochami, zrobimy to raz jeszcze” grzmieli pewni siebie. Walki, które wybuchły po obaleniu Saddama Husseina to nie tylko działania przeciwko siłom koalicyjnym postrzeganym jako okupant, ale również walka o władzę. Utworzone siły bezpieczeństwa nie dość, że ogarnięte plagą dezercji, mają charakter lokalny – tworzy się oddziały kurdyjskie, szyickie, ale nie mieszane. Paradoksalnie, zamiast być przykładem dla innych bliskowschodnich reżimów, Irakowi grozi rozpad. To doprowadziłoby do osłabienia sojuszniczej Turcji kosztem aspirujących do niepodległości Kurdów, którzy utworzyliby własne państwo na północy Iraku wraz z Kirkukiem. Sytuacja Waszyngtonu nie jest godna pozazdroszczenia. Aby rozwiązać bliskowschodnią łamigłówkę należałoby rozmawiać z największymi w regionie – Syrią, ale przede wszystkim Iranem. O ile kluczem do demokratyzacji Bliskiego Wschodu miał być Irak, to kluczem do stabilizacji regionu jest Iran. Dla jasności dodajmy – rozmowy powinny być prowadzone poprzez Departament Stanu a nie Departament Obrony. Takie były przecież zalecenia Komisji Bakera. Ale jak można to uczynić skoro jednocześnie grozi się Teheranowi wojną?
Stosunki z Moskwą, poprawione po 2001 roku, uległy tak znaczącemu pogorszeniu, że w maju 2007 roku anonimowi przedstawiciele Białego Domu zaczęli mówić o kryzysie. Waszyngton i Moskwę poróżniło wiele, a połączyło mało – kwestia statusu Kosowa, budowy systemu BMD, obecności Amerykanów w Azji Środkowej, kwestia Korei Północnej, testowanie ICBM z głowicami konwencjonalnymi, sposoby walki z proliferacją. Odmienny pogląd oba kraje mają na nuklearne aspiracje Iranu, a bez pomocy Rosji tego problemu rozwiązać się nie da. Wrogie stosunki z Moskwą nie ułatwiają rozwiązania problemu Korei Północnej, gdzie Rosja odgrywa coraz większą rolę. Choć jest to po części gra na zdobycie popularności, Władimir Putin, w oczach którego kilka lat wcześniej George W. Bush dojrzał duszę, nie szczędzi agresywnej retoryki. Oskarżył Amerykanów o „imperialistyczny dyktat” przyrównując ich politykę do działań III Rzeszy. Moskwa otwarcie zapowiada wycofanie się z traktatu CFE o redukcji sił konwencjonalnych w Europie z powodu obecności Amerykanów w Polsce, Czechach, Rumunii i Bułgarii. Wojskowi postulują wycofanie się także z traktatu INF dotyczącej zakazu posiadania broni balistycznej średniego zasięgu. Pod koniec maja 2007 roku Rosjanie przeprowadzili testy wielogłowicowego ICBM RS-24 oraz Iskandera-M, którego seryjna produkcja ruszy w 2009 roku i ma zostać rozmieszczona w Kalinigradzie. Rosjanie nawet nie ukrywają, że pociski, które mogą spokojnie razić cele w Polsce (w tym amerykańską bazę) są reakcją na budowę systemu BMD i nowy wyścig zbrojeń rozpoczęty przez Waszyngton. Sytuacja stała się tak poważna, że Bush postanowił zaprosić Władimira Putina do rodzinnego domu w Kennebunkport w Maine. Ani razu przez lata prezydentury Busha żaden przywódca nie gościł w domu rodziców Busha. Zdaniem Michaela A. McFaula ze Stanford University stosunki pomiędzy krajami „są najgorsze od ponad 20 lat” a co gorsza „nikt nie wie co należy z tym zrobić”.11 Przesadą byłoby mówić o diametralnie odmiennej polityce zagranicznej za czasów Billa Clintona i George`a W. Busha. Z pewnością demokrata na fotelu prezydenta zareagowałby podobnie na zamachy 11 września. To prawda, że ekipa Clintona miała problemy z używaniem siły, ale po części wynikało to z problemów wewnętrznych, przede wszystkim niesławnego skandalu obyczajowego, który utrudniał śmiałe posunięcia. Również i doktryna Busha nie była rewolucyjna i stanowiła, połączenie różnych elementów, które zaistniały w przeszłości. Trudno oczekiwać radykalnej reorientacji polityki po zmianie warty w Białym Domu. Być może nowa administracja postawi bardziej na dyplomację, działania w oparciu o decyzje Organizacji Narodów Zjednoczonych, będzie deklarować wycofywanie z Iraku, ale pozycja mocarstwowa – chcąc czy nie chcąc – warunkuje w pewnym stopniu działania, niezależnie od tego, kto sprawuje władze. Choć zostaną wprowadzone pewne korekty, Stany Zjednoczone nadal będą kontynuować badania i konstrukcję systemu BMD, zamykać niepotrzebne bazy stanowiące relikt Zimnej Wojny i dokonywać modernizacji Sił Zbrojnych. Nie będzie rewolucyjnych zmian w Iraku, co zapowiedzieli sami Demokraci wycofując oficjalnie żądanie ewakuacji wojsk amerykańskich w maju 2007 roku. Pewnych trendów, jak transformacja Sił Zbrojnych, nie da się zatrzymać.
Żadne państwo, nawet największe, nie może prowadzić wojny w nieskończoność. Każda, nawet wygrana wojna, jest wysiłkiem dla całego narodu o czym przekonało się Imperium Brytyjskie, które choć wygrało obie wojny światowe to już nigdy nie osiągnęło swojej dawnej świetności. Choć Amerykanie dalecy są od powtórzenia tego przykładu, to jednak nawet oni nie mogą kontynuować wojny permanentnej, której koszty – nie tylko polityczne są ogromne. Mimo, że budżet wojskowy to raptem około 3 procent PKB rocznie to wojna w Afganistanie i Iraku w sposób znaczący odbiła się na kondycji amerykańskich sił zbrojnych. Nie dość, że brakuje żołnierzy to Kongres jest zmuszony zmniejszać finanse programów rozwojowych i modernizacyjnych. To sprawia, że plan wojny o demokratyzację świata, wojny w Korei Północnej, Iranie, Syrii, Libii można uznać obecnie za mrzonki, a idea uderzenia prewencyjnego została poważnie „nadwątlona, jeśli nie zdyskredytowana w całości”.12 W dwóch z trzech państw uznanych za „oś zła” – Korei Północnej i Iranie nadal trwają pracę nad bronią jądrową a ich przywódcy zdają się lekceważyć głos Waszyngtonu. Terroryści nie są mniej silni i niebezpieczni w 2007 niż byli w 2001 roku.
Amerykańska dominacja nie będzie trwała wiecznie. Niezależnie czy uznamy, że hegemon jest w fazie apogeum czy schyłku, wcześniej czy później przewaga nad resztą świata zacznie się zmniejszać. Obecne arsenały broni atomowej, nowe rodzaje broni staną się w końcu przestarzałe i nie będą już decydować o sile Imperium Americana. Być może rozpoczęcie demokratyzacji Bliskiego Wschodu za jakiś czas przyniesie efekty dużo większe dla bezpieczeństwa militarnego Stanów Zjednoczonych niż największa modernizacja Sił Zbrojnych. Słabsze Stany Zjednoczone w otoczeniu liberalnych demokracji będą dużo bardziej bezpieczne niż Stany Zjednoczone chronione potężną zbrojną armadą wśród wrogów. Być może neokonserwatywna wizja świata okaże się słuszna. Czy tak się jednak kiedyś stanie?
Robert Czulda
Przypisy
1 A.J. Bacevich, The New American Militarism. How Americans Are Seduced by War, Oxford University
Press 2006, s. 19.
2 W. Bristol, R. Kagan, Toward a Neo-Reaganite Foreign Policy, “Foreign Affairs”, July/August 1996.
3 R. Kagan, W. Kristol, Remember the Bush Doctrine, “Weekly Standard” April 15, 2002.
4 M. Leeden, American Power – For What?, “Commentary”, Issue 109, January 2000.
5 Cyt. za: T.A. Kisielewski, Imperium Americanum? Międzynarodowe uwarunkowania sprawowania
hegemonii, Warszawa 2004, s. 136 - 137.
6 Interesującym wydaje się fakt, że Colin Powell chciał wciągnąć do koalicji antyterrorystycznej
zarówno Iran jak i Syrię. W. Kristol, The End of the Beginning, “Weekly Standard”, May 5, 2003, Vol.
008, Issue 34.
7 F. Rich, Donald Rumsfeld’s Dance With the Nazis, „The New York Times”, September 3, 2006.
8 E. Robinson, The Only Real Option: Leave Iraq Now, “Washington Post”, November 21, 2006.
9 Do innych pomysłów Kongresmanów należała propozycja zablokowania dostępu francuskim firmom
w kontraktach na odbudowę Iraku lub sprowadzenie z Francji zwłok amerykańskich żołnierzy
poległych w II wojnie światowej.
10 P. Baker, As He Touts a 'Way Forward,' Bush Admits Errors of the Past, “Washington Post”, January
11, 2007.
11 P. Baker, P. Finn, Bush Reaches to Putin as Relations Continue to Slide, “Washington Post”, May 31,
2007.
12 R. Wright, Iraq Occupation Erodes Bush Doctrine, „Washington Post”, June 28, 2004.