Niebezpieczny naród – amerykańska permanentna rewolucja
Robert Kagan: Dangerous Nation (New Haven 2006)
Maciej Ruczaj
Swego rodzaju ironią historii wydaje się fakt, że o ile obecnie zapatrzona w świetlaną przyszłość Europa - „Stary Świat“ - buduje swoją tożsamość na obowiązkowym „zapominaniu o przeszłości“, w Stanach Zjednoczonych – państwie ex definitione zwróconym w przyszłość i zbudowanym na idei postępu ostrą dyskusję wzbudza książka poświęcona interpretacji odległej (w amerykańskich warunkach) przeszłości. Tak właśnie stało się w przypadku najnowszej publikacji Roberta Kagana – jednego z głównych przedstawicieli neokonserwatyzmu i autora słynnego eseju Potęga i raj. Dangerous Nation (Niebezpieczny Naród) - w zamyśle twórcy pierwsza część historii polityki zagranicznej USA – dotyczy okresu od przybycia pierwszych kolonistów do końca XIX wieku.
Klasyk realizmu w stosunkach międzynarodowych Hans Morgenthau pisał przed pół stuleciem, iż Amerykanie wyróżniają się wśród innych narodów wiarą w to, że Stany Zjednoczone „mają wybór pomiędzy polityką siły [politics of power] i polityką zagraniczną nie zabarwioną żądzą panowania [desire for power]“. Prezydentura George'a W. Busha znów wywołała burzliwą dyskusję na temat „istoty“ amerykańskiej tradycji polityki zagranicznej i jej osadzenia w tożsamości i samo-świadomości Amerykanów. Jednak twierdzenie Morgenthau'a jak się wydaję nie doczekało się zaprzeczenia nawet ze strony największych „jastrzębi“ w administracji obecnego prezydenta. „Nie jesteśmy imperialną potęgą, ale potęgą wyzwalającą [liberating power]“ - powiedział Bush w 2004 roku. Brytyjski historyk Niall Ferguson nazwał współczesną Amerykę – w odróżnieniu od wiktoriańskiej Brytanii - „imperium, które wypiera się tego miana“. Zdaniem Fergusona amerykański etos powstawał właśnie w absolutnej opozycji do europejskiego rozumienia „imperializmu“, razem z jego całym bagażem skojarzeń: despocja, militaryzm, ekspansjonizm. Dlatego właśnie politycy oraz myśliciele współczesnej Ameryki, nawet jeśli mówią o hegemonii, dominacji czy Pax Americana, jednym tchem czują się w obowiązku dorzucić, że Stany Zjednoczone nie są imperium w dawnym tego słowa znaczeniu, ale zupełnie nową jakością w stosunkach międzynarodowych: Imperium opartym nie na brutalnej sile, ale na unikatowej mieszance „republiki kupieckiej“ (jak nazywał ją Hamilton) i „państwa wolności“, którego celem jest rozszerzanie „przestrzeni swobody“, a nie „ekspansja“.
Amerykańska nieufność do imperializmu i do polityki siły ma oczywiste źródło w samej genezie Stanów Zjednoczonych, a nawet wcześniej – w myśleniu pierwszych purytańskich osadników w Nowej Anglii. Byli emigrantami z „Egiptu – domu niewoli“, którzy zostawiali za sobą Europę z jej królami, wojnami dynastycznymi i mocarstwową realpolitik. Purytańską nieufność do władzy centralnej odziedziczyły późniejsze generacje: w rozumieniu mężów stanu takich jak Jefferson aktywna polityka zagraniczna, a więc również prowadzenie wojny, miała bardzo praktyczne konsekwencje: oznaczało automatycznie wzmocnienie i rozszerzenie uprawnień rządu, a więc zagrożenie dla obywatelskiej i samorządnej wolności. Pośród historycznych manifestów amerykańskiego podejścia do polityki zagranicznej najczęściej wymienia się przemówienie pożegnalne prezydenta Waszyngtona, który wzywał do nie angażowania się w brudne wojny absolutystycznej Europy, czy też słowa Johna Quincey Adamsa, który stwierdzał, że Ameryka nie powinna wyruszać poza swoje granice w poszukiwaniu „potworów do pokonania“ - deklarując rozważny izolacjonizm jako najgłębszą zasadę polityki Stanów Zjednoczonych. Izolacjonizm ten nie był wyłącznie dyktowany względami pragmatycznymi, jego nierozłącznym elementem była wspomniana wyżej idea moralna, wizja Ameryki jako „Miasta na Górze“, wolnego od zepsucia Starego Świata i odrzucającego jego metody prowadzenia polityki. Co prawda purytańska teokratyczna utopia została zastąpiona przez zsekularyzowaną religię republikańską, postrzeganie amerykańskiej misji pozostało takie samo. Ameryka miała być „światłem, które świeci w ciemności“ - jednak chodziło o misję opartą na dawaniu przykładu, nawracaniu reszty świata poprzez wskazywanie własnego ustroju jako ostatecznego celu postępu. W 1821 roku John Quincey Adams, ówczesny Sekretarz Stanu a późniejszy prezydent stwierdzał:
„Ameryka ma życzyć wszystkim wolności i niepodległość, ale umacniać i bronić tylko swoją własną wolność (... ) Dobrze wie, że gdyby wyruszyła pod innym niż własny sztandarem, nawet gdyby chodziło o sztandar niepodległości innego narodu, pogrążyła by się bez możliwości ucieczki w bagnie konfliktu interesów, intryg, indywidualnej chciwości, zawiści i ambicji (…). Mogłaby stać się dyktatorem świata, ale przestałaby być władczynią własnego ducha. Chwałą Ameryki jest wolność, a nie potęga.“
W tradycyjnych narracjach historii amerykańskiej polityki zagranicznej szczególne miejsce zajmuje prezydent Theodore Roosevelt, który jako pierwszy oficjalnie zerwał z dogmatami izolacjonizmu i – wręcz przeciwnie – głosił konieczność podjęcia przez Stany Zjednoczone polityki imperialnej. Roosvelt jest symbolem przemiany, przejścia od Ameryki wieku XIX, zaprzątniętej wyłącznie sprawami własnego kontynentu, do Ameryki jako aktywnego i dominującego gracza w globalnych stosunkach międzynarodowych. Jednak nawet w tym kontekście Roosevelt wydaje się obcym elementem: jego spojrzenie na politykę opierało się na przekonaniu o naturalnej potrzebie imperialnej ekspansji, która powstrzymana być może wyłącznie przez żelazne zasady równowagi sił. Daleko mu więc do globalnych misjonarzy liberalizmu, takich jak Woodrow Wilson, czy globalnych rycerzy anty-komunistycznej krucjaty, takich jak Reagan. Siła, hegemonia, imperium, ekspansja nie są pojęciami, których w USA można używać bezkarnie nawet dzisiaj. Nadal, jak się wydaje, w odczuciu większości Amerykanów obowiązuje ostra krytyka Roosevelta jako głównego zwolennika wojny z Hiszpanią w 1898 roku, którą wygłosił William Graham Sumner: „ekspansja i imperializm są w stanie wojny z najlepszym interesem, tradycją i zasadami narodu amerykańskiego.“
Współczesne pokolenie neokonserwatystów – owa demoniczna loża za plecami administracji George'a W. Busha, jak przedstawia ich prasa lewicowa – musi często stawiać czoła identycznym oskarżeniom, z którymi spotykał się Theodore Roosevelt. James Kurth napisał w American Conservative (organie paleokonserwatystów) o Iraku jako o „pogrzebaniu amerykańskiego stylu załatwiania spraw“. Przeciwnicy neokonserwatystów z prawej czy z lewej strony często podkreślają właśnie „obcość“ neokonserwatywnej doktryny, nie zależnie od tego, czy jej „nie-amerykański“ charakter wynika z ożywienia marzeń o amerykańskim imperium i globalnej hegemonii (jak twierdzą liberałowie), czy też z powodu odrzucenia tradycji pragmatycznego izolacjonizmu na rzecz utopijnych projektów aktywnego „eksportu demokracji“ (jak twierdzą paleokonserwatyści tacy jak Patrick Buchanan).
Książka Kagana jest – na przekór odległym w czasie wydarzeniom, które opisuje - ostrą polemiką z krytykami neokonserwatystów. To swego rodzaju manifest, który przestawia dzieje Ameryki jako projektu – posługując się anachronizmem – we swej istocie neokonserwatywnego. Kagan odpowiada na zarzuty z obu stron politycznego spektrum i – poprzez opisywane wydarzenia – zdaje się mówić: „tak, panowie liberałowie, zawsze byliśmy imperialistami, nastawionymi na ekspansję i nie stroniącymi od użycia siły“; i jednym tchem dodaje: „tak, panowie konserwatyści, zawsze byliśmy narodem zbudowanym wokół idei i nasza polityka zawsze była ukierunkowana na wprowadzanie owej idei w życie nie tylko na kontynencie amerykańskim, ale na całym świecie.“
Zabieg, którym często posługuje się Kagan jest niezwykle prosty, ale z punktu widzenia dyskusji nad amerykańską tradycją polityczną bardzo oryginalny: analizuje to, jak na Stany Zjednoczone patrzyli inni – indiańscy wodzowie, francuscy i hiszpańscy kolonizatorzy, a nawet hrabia Metternich w odległym Wiedniu czy doradcy na dworze petersburskim Aleksandra II. Twierdzi bowiem, że jedną z podstaw amerykańskiej samoświadomości jest fałszywe przekonanie o własnej niewinności, o wyłącznie defensywnym podejściu do otaczającego świata. Źródłem tego przekonania może być prosty fakt, że kiedy koloniści już znaleźli się w Nowym Świecie ekspansja stała się koniecznością, częścią walki o przetrwanie i nie trudno było wytłumaczyć kolejne zabory ziemi względami obronnymi. Amerykanin – przed dwustu laty czy dziś - nie jest w stanie usytuować samego siebie w roli agresora, natomiast postronni obserwatorzy bez problemu dostrzegają, że w rzeczywistości chodzi o „niebezpieczny naród“, wypełniony z jednej strony niespożytą energią, która siłą rzeczy musi przelewać się przez dotychczasowe granice, z drugiej przepełniony wiarą we własne szczególne posłannictwo, które daje podstawy do moralnej wyższości amerykańskiego ładu nad jakąkolwiek inną kulturą. Właśnie to „spojrzenie innego“ pozwala Kaganowi rozpocząć opowiadanie „innej historii“ polityki USA niż ta zrodzona z samo/postrzegania się Amerykanów.
Jak napisał Godfrey Hodgson w swojej pracy o dwóch tradycjach amerykańskiej polityki zagranicznej, nie można amerykańskiego podejścia ograniczać do mitu uciekinierów z zepsutego Starego Świata. Obok doświadczenia emigrantów istnieje jeszcze równie wpływowe i głęboko zakorzenione w amerykańskiej psyche doświadczenie człowieka pogranicza (frontiersman), zmagającego się z niegościnną przyrodą, kierowanego żądzą zdobycia ziemi i bogactwa, bezlitośnie wyrywającego kolejne obszary z rąk Indian. Kagan wskazuje na to, że to właśnie ludzie pogranicza – a nie purytańscy patriarchowie - są najbardziej typowymi przedstawicielami społeczeństwa kolonialnej Nowej Anglii. Pomimo auto-stylizacji, którą przyjęli później walczący o niepodległość koloniści, konflikt pomiędzy Nowym i Starym Światem nie był konfliktem pomiędzy imperializmem i wolnością, ale wojną dwóch odmiennych koncepcji Imperium. I paradoksalnie to koloniści byli zwolennikami maksymalnej ekspansji, natomiast Londyn preferował bardziej umiarkowane podejście, opierające się na doświadczeniach europejskiego koncertu mocarstw. Znamiennie jest polemiczne starcie pomiędzy Edmundem Burkem i Benjaminem Franklinem w okresie wojny siedmioletniej. Burke nawoływał Anglo-Amerykanów do umiaru i poskromienia żądzy posiadania, ponieważ niepohamowany ekspansjonizm prowadzi do upadku wolności i zagraża międzynarodowemu ładowi opartemu o zasadę równowagi sił. Franklin był natomiast adwokatem totalnego zniszczenia francuskich dzierżaw w Ameryce w celu zapewnienia koloniom „absolutnego bezpieczeństwa“ oraz „przestrzeni“ do rozwoju. Nie tylko Franklin, ale wielu innych późniejszych bohaterów rewolucji okazało się w tym okresie „bardziej papieskimi od papieża“ żądając od Londynu bardziej stanowczej „imperialnej“ polityki w Nowym Świecie.
W takiej perspektywie książka Kagana mogłaby się jawić jako kolejna totalna krytyka Stanów Zjednoczonych jako wcielenia wszelkiego zła w stylu, który znamy z wynurzeń Noama Chomsky'iego i innych lewicowych intelektualistów. To, co dla nich jest jednak przedmiotem potępienia, dla Kagana stanowi podstawę amerykańskiej wielkości. Nie opiera się jednak ona wyłącznie na sile, walce o własne interesy i ambicji. Ostatecznym, najbardziej fundamentalnym źródłem amerykańskiej polityki jest jego zdaniem zawsze idea moralna. Zanim jeszcze zrodziła się ideologia „amerykańskiej wyjątkowości“, z której Stany Zjednoczone czerpią przekonanie o swej szczególnej misji w świecie, koloniści czuli się posłańcami „wyjątkowości“ brytyjskiej. W końcu w samo-świadomości Brytyjczyków to właśnie ich państwo – zwłaszcza po „Sławnej rewolucji“ 1688 roku było „oazą swobody w morzu despocji“. Stąd płynął najgłębszy impuls do wyrugowania absolutystycznej Francji i Hiszpanii z kontynentu oraz wiara w metafizyczny sens rozszerzania Imperium. Koloniści różnili się jednak od „europejskich Brytyjczyków“ w kwestii, którą świetnie pokazuje wspomniana debata pomiędzy Burkiem i Franklinem. Autor Rozważań o rewolucji we Francji przypomina klasyczną teorię, która – na przykładzie Rzymu – głosi, iż rozrost terytorialny i niepohamowane ambicje nie są kompatybilne z wolnością obywatelską i muszą prowadzić do despocji. Odpowiedzią Franklina i innych Anglo-Amerykanów jest – wręcz przeciwnie – wiara w „imperium wolności“, w połączenie nieograniczonego ekspansjonizmu z oświeceniową wizją praw naturalnych, materialnego interesu z ładem opartym o ideę moralną, w końcu – w Imperium zbudowane nie na zasadzie hierarchicznej, ale republikańskiej – jako związek równych sobie podmiotów. W konflikcie tych dwóch poglądów zawarta jest zdaniem Kagana geneza amerykańskiej wojny o niepodległość a zarazem duch permanentnej amerykańskiej rewolucji.
Deklaracja Niepodległości to według Kagana z jednej strony akt afirmacji rewolucyjnej w owym czasie filozofii, z drugiej usprawiedliwienie dla rebelii wobec legalnej władzy, a w końcu – ustanowienie tej rewolucyjnej idei jako fundamentu nowego państwa. Jak napisał kiedyś Chesterton - „Ameryka jest narodem o duszy kościoła“... Nacjonalizm amerykański nie rodzi się z „więzów krwi“ i „wspólnoty terytorium“, ale z wierności republikańskiej idei. Kagan – nawiązując do Morgenthau'a – stwierdza, że polityka zagraniczna zawsze jest „wyrazem idei narodowej“ - a amerykańska republika deklaruje swoją „wyjątkowość“ w „wieku monarchii“, ale zarazem także swoją uniwersalność. Z tego napięcia rodzi się „niebezpieczny naród“, który stanowi zagadkę i groźbę dla europejskich domów panujących XIX wieku. Młode Stany Zjednoczone nie mają jeszcze siły żeby rzucić wyzwanie całemu światu „nie-republikańskiemu“, ale od początku postrzegają same siebie jako „lux in tenebris“, pierwszy zwiastun nowej ery ludzkości, której fundamentem będzie ustrój gwarantujący wolność i prawa obywateli. Wynika stąd według Kagana pierwotny odruch „międzynarodowej republikańskiej solidarności“, którą rząd i społeczeństwo przejawiały wobec wszystkich ruchów liberalnych w Europie i Ameryce Środkowej. Autor Potęgi i raju argumentuje, że tylko i wyłącznie słabość powstającego dopiero państwa była przyczyną tego, że za moralnym wsparciem nie szły polityczne czyny. Analizuje np. wspomniane wyżej przemówienie Johna Quincey Adamsa, uważane za manifest realistycznego izolacjonizmu w stosunkach międzynarodowych, i wskazuje na fakt, że w stolicach europejskich monarchii zostało ono odebrane wręcz przeciwnie – jako niezbyt zawoalowane wezwanie do rewolucji. Nie bez przyczyny, bowiem Adams przedstawia w nim eulogię amerykańskiego ustroju a następnie zwraca się do narodów Europy z biblijnym wezwaniem „Idź i czyń podobnie“. W ostrym kontraście do zasad polityki międzynarodowej, zbudowanej na fundamencie wewnętrznej suwerenności państw, Amerykanie – zdaniem Kagana – od początku patrzą na świat przez pryzmat ideologiczny, w ustrojach republikańskich widząc naturalnych sprzymierzeńców a w każdym absolutyzmie naturalnego wroga.
Wewnętrzne napięcie pomiędzy ekspansjonizmem i idealizmem zostało rozwiązane podczas wojny secesyjnej – wydarzenia, które ukształtowało w sposób definitywny amerykańską tożsamość. Dla Kagana konflikt Północy z Południem to po pierwsze ostateczne zjednoczenie narodu pod jednym – liberalno-rewolucyjnym sztandarem: konserwatywni (realistyczni) ekspansjoniści z Południa defintywnie ustępują pola idealistycznym ekspansjonistom z Północy. To także pierwsza prawdziwie amerykańska wojna, prowadzona – jak głosi tytuł rozdziału - „w imię spraw wyższych niż narodowy interes“. Przemoc użyta przeciwko zbuntowanym stanom mogła być usprawiedliwiona tylko przez ideę „krucjaty moralnej“, w której Północ stała się ucieleśnieniem uniwersalnego dobra. Takie podejście do zbrojnego konfliktu wyznaczyło także przebieg działań wojennych, zwłaszcza w ostatniej fazie, kiedy Grant i Sherman rozpętali totalną wojnę przeciwko mieszkańcom Konfederacji. W głosach jankeskich polityków pobrzmiewają nuty dobrze znane z późniejszych o kilka dziesięcioleci tekstów Carla Schmitta, który ostrzegał przed tym, że wojna ery liberalizmu może być wyłącznie wojną totalną, prowadzoną aż do ostatecznej annihilacji przeciwnika.
Kagan wskazuje w końcu na decydującą różnicę pomiędzy pierwszą wielką „moralną“ wojną Amerykanów – Wojną o Niepodległość i wojną secesyjną, która nie była wojną obronną, ale podbojem - „pierwszym amerykańskim eksperymentem w dziedzinie ekspansji ideologicznej i budowania nowego ładu politycznego“ na podbitym terytorium [state-building]. „Zróbmy z nich Amerykanów“ - brzmiały na Północy głosy dotyczące losu pokonanych. Zwycięstwo Unii oznaczało ostateczne przyjęcie „ideologii cywilizacji“ [ideology of civilisation], która na zewnętrzne wydarzenia spogląda przez pryzmat idei permanentnego postępu demokracji, już urzeczywistnionego w Ameryce, który w sposób nieuchronny będzie się rozlewał na cały świat.
Ostatní rozdział Dangerous Nation nosi znaczący tytuł „Moralność i hegemonia“ i dotyczy ostatnich lat XIX wieku, okresu prowadzącego do wojny z Hiszpanią, poprzez którą Stany Zjednoczone wstąpiły na scenę międzynarodową jako jedno z mocarstw. Dyskusja, która rozgorzała w związku z tym konfliktem, jak w zwierciadle odbija proces powstawania amerykańskiej tożsamości. Podobnie jak dziś krytycy neokonserwatystów, ówcześni przeciwnicy „jastrzębi“ takich jak późniejszy prezydent Roosevelt, deklarowali, że „amerykańskości“ nie da się połączyć z ekspansją, budowaniem potęgi militarnej i hegemonii opartej o siłę. Przeważył jednak przeciwny punkt widzenia, zgodnie z którym wojna ta była naturalnym rezultatem amerykańskiej tożsamości – uniwersalizmu zawartego w Deklaracji Niepodległości i obowiązku walki za ideały humanizmu (pomoc Kubańczykom „uciemiężonym“ przez hiszpańską „tyranię“). Siła i moralność, interes narodowy i interes ludzkości idą tu w parze, bowiem wojna „reflektuje samo-postrzeganie się Amerykanów, zrodzone jeszcze przed ich ukonstytuowaniem się jako narodu, iż są awangardą cywilizacji, liderem walki przeciw zacofaniu i barbarzyństwu.“
Publikacja Kagana przynosi z jednej strony niezwykle ciekawe i nowatorskie spojrzenie na wczesną historię Stanów Zjednoczonych, zwraca uwagę na wydarzenia wcześniej pomijane ze względu na nieprzystawalność do obowiązującej interpretacji „niewinnej republiki”. Z drugiej, trudno czasami się oprzeć wrażeniu, że autor stara się „nagiąć” fakty w celu potwierdzenia wcześniej ustalonej tezy. Tak jest np. we fragmencie, w którym usiłuje pokazać, że młode Stany Zjednoczone postrzegały obalenie liberalnego rządu w Hiszpanii przez wojska Świętego Przymierza w 1823 roku jako zagrożenie dla własnego bezpieczeństwa, aby w ten sposób udowodnić, że zagadnienia ideologiczne zawsze grały prym w amerykańskiej koncepcji stosunków międzynarodowych i interesu narodowego. Podobny niedosyt pozostawia prezentacja poglądów Lincolna, któremu w końcu daleko było do bezwarunkowego idealistycznego rewolucjonisty i długo wahał się, czy państwo może w ogóle poprzez swoje zarządzenia znieść niewolnictwo łamiąc w ten sposób chociażby prawa własności prywatnej.
Niebezpieczny Naród tylko z pozoru opowiada bowiem o odległej – z amerykańskiego punktu widzenia – historii. W gruncie rzeczy jest zarazem niezwyke aktualnym manifestem. Dotyczy w tym samym stopniu Wojny o Niepodległość co operacji Iraqi Freedom. Jest wielką apologią neokonserwatyzmu, który na zarzut „nie-amerykańskości“ odpowiada taką konstrukcją dziejów, która czyni z zasad neokonserwatywnej doktryny wieczny fundament amerykańskiej tradycji, istotę ducha Ameryki. Bo przecież jak nie zauważyć podobieństwa między „pragmatycznym idealizmem“ Ojców Założycieli oraz „demokratycznym realizmem“, który Charles Krauthamer określił jako idealną zasadę polityki zagranicznej Waszyngtonu czasów globalnej hegemonii? I jak nie dostrzec podobieństw pomiędzy kaganowską interpretacją wojny secesyjnej a ideą eksportu demokracji Joshua Muravchika i innych? Można więc dzieło traktować jako ostatnią apologię neokonserwatywnego dyskursu, który wydaje się być w chwili obecnej w zupełnej defensywie. Nieżyczliwi twierdzą, że dla przywykłych do ideologicznych wolt neokonserwatystów dzieło Kagana może oznaczać próbę wkupienia się do łask nowej demokratycznej administracji, która najprawdopodobniej opanuje Biały Dom po listopadowych wyborach. W końcu w latach osiemdziesiątych inny prominentny „necon”, Michael Ledeen przypominał Republikanom, że w ideologicznej wojnie pozwolili lewicy odebrać sobie ideały światowej demokratycznej rewolucji, a teraz dla odmiany Kagan poucza Demokratów, że w amerykańskiej tradycji liberalny idealizm zawsze szedł w parze z ekspansją, aktywnością w polityce zagranicznej i docenianianiem znaczenia siły. Nie trzeba jednak iść tak daleko: książka Kagana jeszcze raz dobitnie wskazuje, że w słowie „neokonserwatyzm” liczy się w zasadzie wyłącznie przedrostek „neo”. Czy rozbrzmiewają w nim echa ideałów trockistowskiej „permanentnej rewolucji”, której hołdowali w młodości ojcowie obecnych analityków z The Weekly Standard? Pomimo że takie oskarżenia pojawiają się np. wśród publicystów związanych ze „starymi” konserwatystami, w rzeczywistości chodzi raczej o kolejne wcielenie wiecznego amerykańskiego snu o postępie i ekspansji, który wyklucza trwały, organiczny ład a zamiast tego afirmuje zmianę i nietzscheańsko-schmupeterowską „kreatywną destrukcję”. Być może nie całkiem świadomie istotę tego amerykańskiego przeznaczenia wyraził George W. Bush podczas konwencji Republikanów w 2004 roku: „Historia Ameryki to opowieść o powiększającej się sferze wolności; wiecznie się rozszerzający krąg, bez przerwy rosnący aby dosięgnąć jeszcze dalej i zawrzeć w sobie jeszcze więcej”.