Czyżby koniec amerykańskiego snu?
Maciej Hulicki
Czwartego listopada 2008 roku Amerykanie zadecydowali, iż 44 – tym prezydentem Stanów Zjednoczonych zostanie Barack Hussejn Obama. I choć komentatorzy tego wydarzenia wciąż spierają się, często w zażartych polemikach, na temat przyczyn i konsekwencji tego wyboru, niemal wszyscy zgodnie przyznają, iż ten dzień przejdzie do historii jako dziejowy przełom i koniec pewnej epoki. Jakie będą skutki decyzji amerykańskich obywateli i czy faktycznie, będą one początkiem nowego okresu w historii nie tylko Stanów Zjednoczonych, lecz również i całego świata, czas pokaże, ale najpierw należy odpowiedzieć na pytanie co ów wybór symbolizuje i co leży u jego podstaw?
Podstawowym atutem, który kandydat Demokratów (jakikolwiek) posiadał już od początku kampanii wyborczej była olbrzymia wrogość Amerykanów do prezydentury Georga W. Busha, który w tym czasie notował rekordowo niskie poparcie swoich obywateli. Niechęć ta była tak duża, iż swą niepopularnością zbliżył się on do wyjątkowo mizernych wyników poparcia dla Richarda Nixona. Nie sposób nie wspomnieć, że tuż po zamachach terrorystycznych we wrześniu 2001 roku cieszył się on blisko 90 – cio procentowym poparciem. Na roztrwonienie tego olbrzymiego kapitału społecznego zaufania złożyło się kilka czynników, zarówno wewnątrz krajowych (choćby spóźniona reakcja w obliczu kataklizmu spowodowanego przez huragan „Katrina”) jak i międzynarodowych. Jednakże najistotniejszym powodem regresu poparcia była wojna z terroryzmem, czyli to co stanowiło siłę Busha zaraz po 11-tym września. Jednak przedłużająca się wojna w Afganistanie i Iraku, kosztująca 15 miliardów dolarów miesięcznie, nazbyt unilateralna polityka międzynarodowa i głośne, medialne doniesienia o gwałceniu praw człowieka i podejrzanych, tajnych operacjach, prowadzonych przez rząd stały się ważkimi argumentami i skutecznym orężem, który polityczni oponenci ekipy republikańskiej w Białym Domu wykorzystywali w wyborczych pojedynkach. Jednakże to nie tylko zwolennicy Demokratów, rutynowo wręcz nieprzychylni „czerwonym rządom” (nie należy mylić z europejskim pojmowaniem czerwonego w znaczeniu kulturowo - politycznym!), byli przyczyną tak słabych wyników sondaży poparcia dla Busha. Nieukontentowana postawą prezydenta pozostawała również znacząca grupa konserwatystów, którzy zarzucali mu odejście od tradycyjnie wyznaczonej linii programowej partii republikańskiej (m.in. w kwestii imigracji). Ta grupa zarzucała mu również, zresztą słusznie, ogromne rozdęcie administracji rządowej oraz niekompetencje. Jak zauważył Philip Klein na łamach The American Spectator: „Z powodu błędów Busha w zarządzaniu, rządy konserwatystów zostały skojarzone z niekompetencją przez pokolenie Amerykanów”.
W kampanii wyborczej te preferencje wyborców, były wykorzystywane przez Obamę, najpierw przeciw jego demokratycznej kontrkandydatce Hilary Clinton, której zarzucał poparcie dla inwazji na Irak, później zaś przeciw Johnowi McCainowi, o którym twierdził, iż ten będzie kontynuował politykę poprzednika. Zresztą sam McCain i jego sztab wyborczy robił co mógł, aby nie być utożsamianym z niepopularnym prezydentem, lecz na niewiele się to zdało, gdyż asocjacja z Bushem była niczym cień permanentnie podążający za McCainem. Nic zatem dziwnego, że sztabowcy Obamy postanowili to wykorzystać i uczynić sprzeciw wobec dotychczasowej polityki rządu, istotą ich kampanii. Dlatego też podstawowym hasłem wyborczym stało się „The change we need” (potrzebujemy zmiany). Problem tylko w tym, iż nie został dokładnie określony przedmiot zmiany, wiadomo tylko, iż miał tego dokonać Barack Obama. Lecz pytanie jakiej zmiany potrzebuje Ameryka ciągle pozostawało bez odpowiedzi. Trafnie ujął tą niejasność Rafał Ziemkiewicz pisząc: Barack Obama na każdym kroku zapowiada zmianę. Jaką zmianę? Wielką i znaczącą. Taką, która zmieni. Co zmieni? Wszystko zmieni. Wszystko będzie inaczej. A konkretnie? (…). A konkretnie, pojawi się nadzieja. Nadzieja, która ożywi wszystkich i zmieni Amerykę, bo Ameryka zasługuje na nadzieję, bo z nadzieją będzie lepsza. Tylko żeby była lepsza, to potrzeba nadziei na zmianę. I właśnie tę zmianę i rządy nadziei wnosi kandydat, ku entuzjazmowi dziennikarzy amerykańskich mediów oraz milionów wyborców. Wyborców zachwyconych tym, że kandydat jest młody, energiczny, nowy, mówi innym językiem, słowem, nie jest podobny do Busha. A skoro taki jest, to kto by go pytał, co właściwie zamierza, kiedy obejmie władzę nad największą potęgą świata. Jednakże ta strategia wyborcza okazała się skuteczna. Socjotechnika zadziałała i Amerykanie zorientowali się, że potrzebują zmiany. Ciągle jednak można było odnieść nieodparte wrażenie, że nie bardzo wiedzieli dlaczego mają jej dokonać i czego ma ona dotyczyć.
Zresztą Demokraci bardzo skutecznie przeprowadzili tę kampanie, w przeciwieństwie do Republikanów, którzy rozbici licznymi skandalami natury korupcyjno – obyczajowej nie potrafili przyciągnąć do siebie centrystów, będących jak się okazało po raz kolejny, kluczem do zwycięstwa. Nie potrafili nawet zmobilizować swojego naturalnego elektoratu. Podczas, gdy Grand Old Party miała problemy z wyłonieniem zdecydowanego kandydata, kto wie czy nie największe batalie tej kampanii toczyli między sobą Obama z Hilary Clinton. Najprawdopodobniej to właśnie zwycięstwo z Clinton było jego najtrudniejszym zadaniem podczas tych wyborów. Republikanie rozbici i skłóceni we własnych szeregach nie mogli opracować spójnej strategii, w przeciwieństwie do Demokratów, którzy to tuż po wycofaniu się Clinton z rywalizacji zaczęli wspólnie pracować na korzyść Obamy. Co więcej, mieli oni pomysł na prowadzenie kampanii, czego nie można powiedzieć o drugiej stronie, i wykorzystali skutecznie nowatorskie rozwiązania. Internet okazał się bardzo ważnym polem bitwy, na którym Republikanie ponieśli sromotną porażkę. Fundamentalnym okazał się sposób zaangażowania wyborców w pracę na rzecz Obamy. Rola całej rzeszy jego zwolenników nie sprowadzała się do włożenia karty do urny - oni pracowali, często po kilka godzin dziennie, na jego sukces (zwłaszcza bezrobotni i emeryci). Był to też sposób mobilizacji swojego elektoratu w dniu wyborów. Jeśli ktoś pracował przez kilka miesięcy na rzecz swojego kandydata, lub przekazał jakąś donację na jego rzecz, to w momencie wyborów nie zdecyduje się na „pozostanie w domu”. Taka logika okazała się bardzo trafna. Nie pomylił się również Obama odrzucając finansowanie kampanii z budżetu państwa. Na potrzeby tej kampanii wydano rekordowo wysoką ilość środków, co było jednym z powodów porażki McCaina, który mógł liczyć na kilkakrotnie niższe zasoby. Podstawowe źródło dochodów kampanii Obamy pochodziło z niewielkich datków, które okazały się mieć większą siłę niż fundusze przekazywane przez wielkie korporacje. Dodatkowo na efektywną kampanię Demokratów niemały wpływ miały istotne błędy sztabu republikańskiego. Tak naprawdę w tych wyborach wszystko decydowało się w kilku kluczowych stanach (zwłaszcza takich jak Ohio, Pensylwania, Wirginia, Floryda czy Colorado). Demokraci zdobyli i te tzw. „swing states”, gdyż tam koncentrowała się ich kampania. W samej tylko Wirginii od lat głosującej na prezydentów republikańskich otworzyli oni kilkakrotnie więcej biur ich sztabu wyborczego. Kolejnym istotnym błędem była nominacja Sary Palin, gubernator Alaski, jako kandydata na wiceprezydenta. Początkowo, ów wybór wydawał się być znakomity. Jego celem było przyciągnięcie elektoratu kobiecego rozgoryczonego porażką Hilary Clinton. I faktycznie, zaraz po dokonaniu tego ruchu sondaże wskazywały wzrost poparcia dla McCaina, lecz szybko okazało się, że Palin jest delikatnie mówiąc niedoświadczona, aby sprawować tak poważny urząd. Kilkakrotnie kompromitowała swoimi wypowiedziami McCaina, a jej słynnym lapsusem stała się odpowiedź na pytanie dziennikarza, w której stwierdziła, iż posiada odpowiednie kwalifikacje do prowadzenia polityki międzynarodowej z Rosją, gdyż ta jest jak sąsiad i widać ją z jej Alaski (sic!). Jej osoba, mimo, iż często chwalona za mobilizacyjną rolę, stała się powodem, dla którego wiele osób zdecydowało się nie popierać McCaina. Obawiali się, że jest nieprzygotowana by sprawować taki urząd, a przecież w sytuacji, gdy McCain znajdował się już w podeszłym wieku, potencjalnie mogło dojść do sytuacji, gdy ona zostałaby prezydentem. Obama zaś, w sytuacji, kiedy był atakowany za to, że nie ma odpowiedniego doświadczenia, wybrał na swojego wiceprezydenta Joe Bidena, wieloletniego senatora z zasobnym bagażem doświadczeń.
Potężnym ciosem przeciwko kampanii McCaina był światowy kryzys gospodarczy. Prognozy wskazywały, iż amerykańska gospodarka popadnie w głęboką recesję, którą, co więcej, Amerykanie odczują na własnej skórze. Przywoływano, całkowicie nieuzasadnione, porównania do Wielkiego Kryzysu lat 30, lecz były to porównania na wyrost, gdyż mimo wyraźnego spadku koniunktury i problemów finansowych wielu przedsiębiorstw, jak również gospodarstw domowych, na ulicach nie było widać zmasowanej fali biedy. Przeciwnie, w Black Friday (dzień po Święcie Dziękczynienia) sklepy jak co roku zapełniły się rzeszami konsumentów, którzy znów wydawali wirtualne dolary ze swych kart kredytowych na świąteczne zakupy. Nie wchodząc w tym miejscu w rozważania na temat przyczyn i skutków obecnego kryzysu, gdyż nie tego dotyczy artykuł, warto przytoczyć prorocze zdanie Waldemara Łysiaka zapisane na kartach jego „Stulecia Kłamców” dekadę temu: „ W ostatniej dekadzie XX stulecia światowe finanse zostały całkowicie zdominowane przez transakcje nierzeczywiste czyli przez gigantyczne „puste pieniądze” alias „wirtualne waluty” spekulantów – przez ekonomię fikcji (…) Cała ta zabawa błyskawicznie multiplikuje spekulacyjne fortuny, ale może pęknąć jak domek z kart, i wówczas na gruzach zbudowanego w XX wieku rynku światowych finansów padnie pytanie: czy warto było tak ufać globalizacji?”. Oczywiście zła kondycja gospodarki zawsze jest pożywką dla wszelakiej maści socjalistów. Tak było i tym razem. Liberałowie (nie mylić z klasycznym pojęciem liberalizmu! – w USA słowo liberał znaczy tyle samo co lewicowiec) od razu wyczuli klimat społeczny i wytoczyli swe armaty wypełnione utopijnymi pociskami. Odpowiedzialność za kryzys została zrzucona na Republikanów, którzy jako tradycyjni zwolennicy wolnego rynku stali się doskonałym „chłopcem do bicia” przez sztab Obamy. Przyczyna została przez niego określona w prosty sposób: deregulacja w sektorze finansowym. O skrajnej nieodpowiedzialności instytucji kredytowych i ludzi, którzy zaciągali pożyczki, nie mając środków na ich spłacenie nie było ani słowa. Populizm i socjalizm (notabene te dwa słowa mają ze sobą wiele wspólnego) zwyciężyły. Pchnęły one Amerykanów z pozycji zwolenników wolnego rynku w stronę zwolenników ścisłej regulacji. Choć fakt jest również taki, że to republikańska administracja zdradziła poglądy swych wyborców (co również obróciło się przeciw nim), kiedy weszła na drogę skrajnego interwencjonizmu, przejmując instytucje finansowe (jak AIG) lub oferując im pomoc w ramach „planu Poulsona”. Wyczuwając preferencje wyborców (dla których gospodarka stała się „numerem jeden” kampanii) obaj kandydaci przerzucali się nawzajem pomysłami, sumami (zaangażowaniem w planowaniu ich zagospodarowania), które należy wydać na ratunek wielkich korporacji i tysięcy miejsc pracy. Kolosalny deficyt budżetowy zszedł na plan dalszy. Skąd Obama chciał wziąć fundusze na realizację swoich obietnic wyborczych? Proponując podwyżkę podatków dla najlepiej zarabiających oraz przedsiębiorstw. Wymowny był moment jednej z debat przedwyborczych, w której to Obama został sprowadzony do narożnika przez pewnego Joe’a, który pracując jako hydraulik przez wiele lat postanowił założyć swoją własną firmę, lecz po wprowadzeniu planu Obamy jego interes musiałby splajtować, gdyż obciążenia fiskalne byłyby dla niego zbyt duże. Hydraulik Joe podważył tym samym pomysły Obamy jako sprzeczne z „amerykańskim snem” o awansie społecznym. Obama odpowiedział, że poprzez swoje plany chciałby rozlać bogactwo na wszystkich („spread the wealth around”).
Ten utopijny postulat w rzeczywistości byłby tylko poszerzeniem etatyzmu i biurokratyzmu, czyli marnowaniem pieniędzy podatników. Lecz „vox populi”, ów postulat pochwalił, w swoich argumentach przywołując kazusy menagerów wielkich korporacji finansowych, które upadając i zostawiając rany na ciele gospodarki wypłacały im niebotyczne odprawy. Jedną z najistotniejszych reform społecznych zaproponowanych przez Obamę była zmiana modelu opieki zdrowotnej. Tu również, chcąc rozszerzyć dostępność usług medycznych wybrał drogę etatyzmu. O tym jak istotny jest ten krok i zarazem niebezpieczny, gdyż podważa cały system ekonomiczno – społeczny Stanów Zjednoczonych, przestrzegał Washington Times: „Socjalne lecznictwo sprawi to co sprawiło w Zachodniej Europie i Kanadzie: trwale pchnie przekonania polityczne w lewo”.
Przez całą kampanię Obamie sprzyjała polityczna poprawność. Ta niebezpieczna dla wolności słowa i zdrowego rozsądku nowoczesna ideologia towarzyszyła w tej kampanii obydwu kandydatom, dla jednego będąc atutem, dla drugiego niewygodną przeszkodą, gdzie błąd kosztować mógł bardzo wiele. Stany Zjednoczone są krajem, w którym inny niż biały kolor skóry niekoniecznie jest trudnością. Wręcz przeciwnie, stanowi powód wielu udogodnień, które z tej różnorodności wynikają. Równocześnie widmo wielkich odszkodowań, kar i publicznego ostracyzmu paraliżuje działania wielu obywateli, przedsiębiorstw, instytucji lub partii politycznych obawiających się posądzenia o dyskryminację. Każde nieprzychylne zdanie, opinia lub co gorsza nawet informacja może zostać uznana za dyskryminującą, wręcz rasistowską. Kiedy pojawia się informacja, że większość białych mężczyzn zamierza głosować na kandydata białoskórego, od razu media amerykańskie zaczynają wyrażać obawy, iż o wyniku wyborów mogą zadecydować skrywane uprzedzenia. Kiedy blisko 100 procent czarnoskórych oddaje głosy na "swojego" kandydata, to wedle logiki (lub raczej antylogiki) political corectness to nie jest rasizm, zaś delikatna sugestia na ten temat, najprawdopodobniej skończyłaby się oskarżeniem osoby wyrażającej taki pogląd właśnie o rasizm (sic!). Dlatego w czasach dyktatury politycznej poprawności nie trudno zrujnować czyjś wizerunek przylepiając mu etykietkę nietolerancyjnego. W ten sam sposób często można zdezawuować czyjeś pomysły i idee. Najgorsze jednak jest w tym, że najczęściej zarzuty są całkowicie bezpodstawne, a bardzo często absurdalne, prezentują zaś głupotę i krótkowzroczność (choćby sprawa zarzutów wobec posła Artura Górskiego). W warunkach dyskomfortowych pytań, niewygodnych tematów "tabu", z możliwością ostrych ataków i poważnych oskarżeń przez całą swą kampanię musiał zmagać się sztab Republikański. Wielu wyborców (nie tylko czarnych) głosowało na Obamę nie tyle z poparcia dla jego programu politycznego, lecz jako wyraz uznania dla idei budowy nowej Ameryki. Niektórzy określają tą decyzję jako zmierzch "cywilizacji białego człowieka", inni jako koniec tradycyjnej Ameryki. Czy te wizje okażą się prawdziwe? Odpowiedź na to pytanie poznamy w przyszłości. W każdym razie to właśnie idea równości rasowej, przejawiającej się tym, że po raz pierwszy Afroamerykanin może zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych przyświecała wielu wyborcom jako nadrzędny cel tych wyborów, odsuwając merytoryczną dyskusję na plan dalszy. Idea historycznego wyrównania szans była z wielkim entuzjazmem lansowana przez największe media i popkulturę. Faktycznie murzyni amerykańscy mieli za sobą tragiczną przeszłość na tym kontynencie, lecz proces niwelowania różnic społecznych rozpoczął sie dużo dawniej. Owszem, one wciąż pozostają ogromne i niekiedy są bardzo widoczne, lecz często z powodu samych Afroamerykanów, którzy mają wszelkie środki, aby osiągnąć wyższy poziom życia. Pomoc państwa, przeczulenie antydyskryminacyjne czy akcja afirmatywna sprawiają, że to sytuacja białej osoby często bywa nierówna. Również nieobiektywne są oskarżenia Amerykanów o rasizm, bowiem często na uniwersytetach, w kościołach i innych instytucjach działają czarni rasiści. Czy zatem wybór Obamy stanowi rzeczywiste przełamanie nierówności? Negatywną odpowiedź na to pytanie dają wypowiedzi uczestników sympozjum zorganizowanego przez National Review. Podkreśla się w nich historyczną wagę tych wyborów, lecz z drugiej strony przypomina, iż amerykańscy murzyni mają odpowiednie narzędzia, aby sami mogli poprawiać swój los. Teraz zaś ciążyć będzie na nich większa odpowiedzialność, gdyż nie będą mogli powoływać się na rzekome nierówności – wszakże najważniejszą osobą w państwie będzie jeden z nich. Poza tym w nastawieniu Amerykanów do kwestii rasowych raczej zmieni się niewiele. Jak celnie zauważono w jednej opinii czarnoskóry kandydat na prezydenta miał takie same szanse na tryumf przed, jak i po 4– tym listopada.
Jesienne wybory w USA uzewnętrzniły również największe słabości współczesnej demokracji. Na wady tego ustroju wskazywali już klasyczni filozofowie. Obecnie mało kto ośmiela się wykazać na tyle krytycznym umysłem, aby poddać go krytyce, gdyż jest on uważany za niepodważalny model sprawowania rządów obowiązujący w społeczno – politycznej dogmatyce, zaś wszelkie krytyczne uwagi pod jego adresem szybko stają się przedmiotem publicznej nagonki, a kończą straszeniem okrutnym totalitaryzmem i medialnym zaszufladkowaniem autora takiego poglądu jako niezrównoważonego, niebezpiecznego i niegodnego uwagi. Jest to kolejny dowód na to, jak polityczna poprawność niszczy wolność słowa. Pewne wady tego ustroju wpisane są już w jego istotę, ale obecnie prym wiedzie w społeczeństwach świata zachodniego specyficzny model demokracji medialnej. Oprócz tradycyjnych bolączek systemu demokracji, których zakres w oczywisty sposób został zwiększony poprzez rozwój elektronicznych mediów, pojawiły się nowe, a w tym artykule na szczególne uwzględnienie zasługuje alians polityki z kulturą masową. Naturalnie w wyborach kandydaci próbują dotrzeć do wyborców wszelkimi możliwymi sposobami. Nie może zatem dziwić to (choć ilości już tak), iż materia polityczna łączy się często z komercją (handel koszulkami z podobiznami kandydatów, ich figurkami itp.) czy też, że pojawiają się oni w mediach nie tylko w programach informacyjnych. Chociaż proces ten obserwowany jest nie tylko w Stanach Zjednoczonych, które najprawdopodobniej wiodą w tym prym, to mimo wszystko należy zadać sobie pytanie czy na tym powinna polegać polityka?
Media amerykańskie odegrały istotną rolę w tej kampanii przyczyniając się w bardzo istotny sposób do zwycięstwa Demokraty. Nawet nie poprzez stronniczą publicystykę, ale kreując wizerunek Obamy jako megaikony współczesnej popkultury. Wykorzystano jego największe atuty: doskonałą retorykę, nieprzeciętną prezencję i inny język polityki, co pociągnęło za nim wielkie tłumy. Mimo, że niczego wielkiego w polityce jeszcze nie osiągnął, Obamomania ogarnęła cały świat. Ludzie licznie zbierali się na wszelkich wiecach wyborczych, zaś podczas najbardziej kulminacyjnych momentów kampanii ich liczby biły wszelkie rekordy. Nawet za granicą, podczas podróży po Europie witały go tłumy zwolenników. Dlaczego zatem tak licznie pojawiali się na spotkaniach z jeszcze nie wybranym prezydentem obcego państwa? Było to spowodowane jego medialnym wizerunkiem, który miał symbolizować nadejście nowej Ameryki. Na ten wizerunek z kolei bardzo mocno pracowały gwiazdy show biznesu i popkultury wspierając Obamę, niektóre zaś bardzo aktywnie uczestniczyły w kampanii wyborczej (vide: Oprah Winfrey). Obama stał się symbolem zasadniczej zmiany (nie bez powodu jego hasło wyborcze: we need change), która miała nastąpić w USA. Jego lewackie poglądy socjalno – obyczajowe (w ciągle dość konserwatywnej Ameryce, broniącej literalnego brzmienia konstytucji i praw w niej zagwarantowanych, a także nie lubiącej interwencjonizmu państwa), zmiana pokoleniowa (najmłodszy prezydent), zmiana sposobu prowadzenia polityki międzynarodowej (dyplomacja zamiast używania siły) i wreszcie zmiana kulturowa (pierwszy czarny prezydent) miały stanowić diametralny zwrot w Stanach Zjednoczonych. Stąd też tak duże poparcie dla niego ze strony europejczyków, którzy dokonali podobnego ruchu wcześniej i nie akceptują współczesnej Ameryki, często targają nimi antyamerykańskie emocje. Zmiana, której początkiem miał się stać wybór Obamy, była tak silnie lansowana, że do urn poszły osoby, które do tej pory nie interesowały się polityką i pewnie nie zainteresowałyby się nią, gdyby nie fala Obamomanii, czyli mówiąc krótko moda na niego. Duży wpływ na wyniki wyborów wywarły również organizacje pozarządowe, które namawiały osoby często niezorientowane do wzięcia udziału w wyborach, to zaś było korzystne dla Demokraty (nie obyło się bez oszukańczych chwytów o czym pisał choćby The Economist, przywołując sprawę grupy ACORN). Niestety znaczącą część tych, którzy na niego głosowali, właściwie bezrefleksyjnie, na fali panującego trendu, stanowiła młodzież. Dla nich Obama był cool, gdyż stał w opozycji do tej dawnej Ameryki i pokolenia go tworzącego. Ta świeża, polityczna krew i przemawiający do nich język, a także zaangażowanie się znacznej części świata kultury masowej po stronie Obamy było dla nich istotnym argumentem, dlatego też bez wahania postanowili na niego zagłosować. Lecz podobnie jak w Polsce rewolucja wykształciuchów, tak i ta decyzja była silnie wspierana przez media i popkulturę. To one wykreowały i potem lansowały Obamę jako postać popularną, a wręcz kultową, idola i bożyszcze wielu (nie tylko nastolatek), a przede wszystkim będącą na topie gwiazdę poppolityki.
Jakie zatem będą Stany Zjednoczone? Czy czeka je gruntowna metamorfoza? Czy też może wszystko pozostanie po staremu, zmiany zaś będą kosmetyczne – po prostu przyjdzie czas nowej ekipy, która wymieni tylko kadry administracji na swoje? Odpowiedź na te pytania poznamy częściowo już wkrótce, a w pełni dopiero po latach. Jednakże patrząc na przyczyny tego wydarzenia można się spodziewać, że jest to w pewnym sensie koniec dotychczasowej Ameryki. Można również być pewnym, że nawet jeśli tak rzeczywiście się stanie, nie obędzie się to bez oporu ze strony tych Amerykanów, którzy takiej zmiany sobie nie życzą. Widać to było podczas wyborów, gdy obydwie strony były bardzo zmobilizowane. Czeka nas zatem dalszy ciąg, trwającej co najmniej od lat 60 – tych, wojny kulturowej, której celem jest nie tylko transformacja amerykańskiej duszy, lecz również w znaczeniu globalnym zachodniej cywilizacji.