Bartosz Cichocki
Bezpieczeństwo Polski po 17 września 2009 r.
Decyzja USA z 17 września br. w sprawie programu obrony przeciwrakietowej, wystąpienie Sekretarza Generalnego NATO nt. stosunków Sojuszu z Rosją z 18 września br. oraz finalizacja amerykańsko-rosyjskich rozmów o traktacie rozbrojeniowym, mającym zastąpić START, będą miały wpływ na rozwój relacji Zachodu z Rosją w perspektywie najbliższych miesięcy i lat. Nagromadzenie komentarzy do tych i innych wydarzeń, które bezpośrednio odbijają się na pozycji Polski w świecie, nie sprzyja rozróżnieniu elementów o pierwszo- i drugorzędnym znaczeniu dla bezpieczeństwa narodowego RP. W konsekwencji może to prowadzić do podejmowania błędnych decyzji na szczeblu politycznym. Konieczne wydaje się zatem dokonanie przeglądu sytuacji międzynarodowej i wskazanie pożądanych działań.
Punkt wyjścia
W post-komunistycznej historii Polski okres, kiedy nasze aspiracje międzynarodowe mogły abstrahować od potencjału wewnętrznego skończył się w 2004 r. Do tego momentu mogliśmy działać na kredyt – w oparciu o zachodnie poczucie winy za zgodę na zaproponowany przez Stalina w Teheranie w 1943 r. powojenny porządek w Europie i o uznanie polskich zasług dla demontażu systemu zimnowojennego. Obecnie Polska musi walczyć o swoją pozycję na świecie, udowadniając, że potrafi w zauważalny sposób wesprzeć międzynarodowe działania na rzecz neutralizacji takich wyzwań, jak spowolnienie zmian klimatycznych, klęski głodu i światowe migracje, islamski terroryzm, proliferacja broni masowego rażenia czy destabilizacja i załamanie procesu demokratyzacji na obszarze WNP.
Niektóre z nich (jak zmiany klimatyczne, migracje) mogą się na pierwszy rzut oka wydawać abstrakcyjnie odległe od naszych problemów. Jeśli jednak dążymy do umocowania naszego bezpieczeństwa w systemie gwarancji ponadlokalnych – powinniśmy ponad lokalność w polityce zagranicznej wyjść i angażować się w kwestie ważne dla państw, od których oczekujemy traktowania nas na równi z innymi członkami UE i NATO.
Warto przy tym mieć na uwadze, że Warszawa zdążyła zgromadzić dorobek w wielu z tych dziedzin. Składają się nań udział Polski w misjach w Iraku i Afganistanie, nasza rola w Inicjatywie Krakowskiej (Proliferation Security Initiative, PSI), w rozwiązaniu kryzysu politycznego na Ukrainie na przełomie 2004 i 2005 r. oraz w powołaniu struktury organizacyjnej do zagospodarowania międzynarodowej pomocy finansowej dla Gruzji po ubiegłorocznym konflikcie z Rosją. Polska jest też traktowana jako reprezentant regionu w kwestii w dyskusji o ograniczeniu emisji dwutlenku węgla.
Wbrew początkowym opiniom Stany Zjednoczone 17 września br. nie zrezygnowały z budowy obrony przeciwrakietowej. Waszyngton uznał natomiast, że wobec braku groźby irańskiego ataku na terytorium USA rakietami międzykontynentalnymi, uzbrojonymi w ładunek jądrowy, należy skoncentrować się na rozwoju systemu mobilnego, zdolnego do odparcia ataku pociskami krótkiego i średniego zasięgu na amerykańskich sojuszników i amerykańskie siły na Bliskim Wschodzie i w Europie.
Nie musi oznaczać to obniżenia poziomu bezpieczeństwa Polski. Tym bardziej, że wszystko wskazuje na to, iż towarzyszące umowie o tarczy porozumienie o współpracy polityczno-wojskowej między Polską i USA będzie realizowane. Na naszym terytorium nie zostanie zainstalowana na stałe wojskowa infrastruktura USA, której Waszyngton byłyby zdecydowany bronić w przypadku ataku na terytorium RP. Należy jednak zwrócić uwagę, że agresja militarna pozostanie w przewidywalnej przyszłości najmniej realnym zagrożeniem dla Polski. Znacznie mniej prawdopodobnym niż np. atak cybernetyczny, szantaż energetyczny, atak terrorystyczny czy prowokacja obcego wywiadu. Stacjonowanie w Polsce żołnierzy amerykańskich, systemu Patriot lub instalacja rakiet przechwytujących nie wzmacnia odporności na te zagrożenia. W przypadku ataku terrorystycznego i wywiadowczego – przeciwnie: po przyjęciu przez RP bazy wojskowej USA należałoby liczyć się z nasileniem zainteresowania Polską ze strony islamskich terrorystów i aktywności obcych służb specjalnych.
Z powyższym problemem wiąże się dyskusja o jakości statusu członkowskiego RP w NATO, którą decyzja USA z 17 września br. podgrzała. Dyskusję tę sprowadzić można do tezy, że dopóki na terytorium państw środkowoeuropejskich nie zostanie zlokalizowana ważna infrastruktura Sojuszu, będą one traktowane w NATO i poza nim jako członkowie drugiej kategorii. Rzadko uwzględnia się przy tej okazji, po pierwsze, fakt, że Sojusz obecnie nigdzie nie buduje tego typu obiektów, o jakie zabiegamy: lotnisk, wyrzutni rakiet itp. A po drugie, że Stany Zjednoczone dopiero co zgodziły się uzbroić Polskę w 48 samolotów F-16, które są bronią ofensywną, a więc nie mogłyby trafić w nasze ręce, gdyby postrzegano nas jako strefa niczyja. Oba te argumenty nie dezaktualizują jednak problemu jakości naszego członkostwa w NATO. Podkreślić należy w tym miejscu rzecz z pozoru tylko banalną: o atrakcyjności Polski jako sojusznika (a więc państwa, któremu warto przyjść z pomocą w momencie zagrożenia) w pierwszym rzędzie decyduje siła naszej gospodarki i armii.
Niemcy nie dlatego są ważnym państwem w NATO, że na ich terytorium znajdują się bazy armii USA – te bazy znalazły się tam, bo Niemcy są ważnym państwem w NATO. Zdolność do przenoszenia znaczącego kontyngentu wojskowego w rejony krytyczne z punktu widzenia naszych strategicznych sojuszników i jego stosunkowa samodzielność znaczyłaby po wielokroć więcej dla bezpieczeństwa RP niż rozmieszczenie w Polsce natowskich ośrodków szkoleniowych, stanowisk dowodzenia czy urządzeń radiolokacyjnych.
Niestety, jesteśmy wciąż dalecy od osiągnięcia takiej zdolności. W związku z tym Polska w krótkiej (do 5 lat), a być może nawet w średniej (5-10 lat) perspektywie czasowej pozostanie członkiem NATO drugiej kategorii i na tej podstawie powinna podejmować decyzje w sferze polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Nie oznacza to, że należy porzucić wysiłki, mające na celu uzupełnienie gwarancji bezpieczeństwa, wynikających z obecności Polski w Sojuszu Północnoatlantyckim, sojuszem z USA. Pożądana jest jednak równoczesna intensyfikacja działań na rzecz poprawy relacji z sąsiadami – bez rezygnowania ze strategicznych interesów państwa – i budowy silnej gospodarki i armii. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na rozwój wydarzeń na Dalekim Wschodzie. Obawa przed tym, że USA zwiną parasol bezpieczeństwa, rozciągnięty nad Tokio od siedmiu dekad, prowokuje w Japonii dyskusję o konieczności wprowadzenia zmian do Konstytucji, rozwoju własnego programu nuklearnego oraz transformacji Sił Samoobrony w pełnego formatu siły zbrojne. Obawa ta popchnęła jednocześnie Kraj Kwitnącej Wiśni (jeszcze za rządów konserwatystów) do ocieplenia tradycyjnie wrogich stosunków japońsko-chińskich. Wymowne jest, że nie minął tydzień od decyzji USA w sprawie tarczy, kiedy doszło do spotkania premiera Yukio Hatoyamy i prezydenta Hu Jintao w Nowym Jorku – w przeddzień otwarcia 64. sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Szef rządu Japonii zaproponował przy tej okazji utworzenie regionalnej organizacji na wzór Unii Europejskiej.
Polityka zagraniczna i obronna Baracka Obamy
17 września 2009 r. zademonstrował niebezpieczeństwo, związane z deficytem wiarygodności i doraźnością polityki zagranicznej naszego strategicznego sojusznika. Po raz drugi od czasu operacji obalenia Saddama Husajna Waszyngton nakłonił Warszawę do podjęcia decyzji, wystawiającej na szwank nasze relacje z europejskimi członkami NATO i Rosją, w oparciu o niepotwierdzone lub wręcz sfabrykowane przesłanki. W 2003 r. strona amerykańska uzasadniała podjęcie międzynarodowej interwencji zbrojnej w Iraku koniecznością pozbawienia Bagdadu broni masowego rażenia i współpracą reżimu Husajna z Al-Kaidą. Wkrótce okazało się, że oba zarzuty były nietrafione.
Teraz amerykański wywiad podważył kluczowe założenie polityki obronnej administracji George’a W. Busha, zgodnie z którym Iran miałby w przewidywalnej przyszłości wejść w posiadanie rakietowej technologii balistycznej, zdolnej do przenoszenia ładunku nuklearnego na dystansie międzykontynentalnym. Warto zwrócić uwagę, że zmiana ta nie wynika z odmienności światopoglądowej między administracjami Białego Domu, np. z przekonania, że skuteczniejsze od militarnych są narzędzia dyplomatyczne. Amerykański wywiad zmienił ocenę techniczną tego, z czym mamy do czynienia w Iranie. Doraźność polityki zagranicznej administracji Baracka Obamy widać w sposób nawet jaskrawszy niż w odniesieniu do tarczy w przypadku polityki wobec priorytetowych dla USA Afganistanu i Iranu. Zwrócił na to uwagę m.in. ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, Piotr Krawczyk. Specjalny wysłannik prezydenta Obamy ds. Afganistanu i Pakistanu, Richard Holbrooke, potrafi w ciągu tygodnia przejść od namawiania Hamida Karzaja do zgody na przeprowadzenie drugiej tury wyborów prezydenckich do namawiania głównego konkurenta tego ostatniego, Abdullaha Abdullaha, do zaakceptowania swojej porażki już po pierwszej turze. Równocześnie Stany Zjednoczone reagują na wzrost aktywności wojskowej talibów na pograniczu afgańsko-pakistańskim wzmocnieniem sił ISAF w tym regionie, nie zastanawiając się nad tym, że jedyną konsekwencją tego postępowania będzie przeniesienie się powstania na północ. Skupienie uwagi Waszyngtonu na budowie afgańskiej armii wskazuje na to, że Stany Zjednoczone poszukują dla ISAF „politycznie akceptowalnego rezultatu” (jak to ujął Zbigniew Brzeziński w klasycznym już artykule „An Agenda for NATO” z jesiennego wydania „Foreign Affairs”) w postaci zaprowadzenia w tym państwie wojskowej półdyktatury, która byłaby zdolna utrzymać kontrolę nad państwem bez pomocy wojsk NATO. Doświadczenie rządów Perweza Muszarrafa w Pakistanie każe do takiego projektu odnosić się sceptycznie.
Spektakularnym posunięciem USA było zignorowanie masowych protestów w Iranie po sfałszowanych wyborach prezydenckich w czerwcu br. w nadziei, że z Mahmudem Ahmadineżadem uda się osiągnąć kompromis w sprawie programu nuklearnego. Po kilku dniach Waszyngton diametralnie zmienił swój stosunek do prezydenta Ahmadineżada i zaczął forsować politykę sankcji wobec Teheranu. Najpierw zatem USA irracjonalnie trzymały się polityki dialogu z Iranem, bodaj tylko dlatego, że ten postulat należał do najbardziej wyrazistych haseł kampanii wyborczej senatora Baracka Obamy w jej aspekcie międzynarodowym. Następnie z dnia na dzień Waszyngton obrócił tę politykę o 180 stopni.
W przypadku decyzji z 17 września br. niepokoić muszą okoliczności jej zakomunikowania. Prezydent Obama dzwoni w środku nocy czasu europejskiego do premiera Polski, Donalda Tuska, i premiera Czech, Jana Fischera – na kilkanaście godzin przed zwołaniem konferencji prasowych własnej i Sekretarza Obrony Roberta Gates’a. Dopiero na niej władze USA przedstawiły nowy projekt programu obrony przeciwrakietowej, zmuszając przywódców Polski i Czech do tłumaczenia przez pół dnia dziennikarzom decyzji, której szczegółów nie znają. Oficjalnego rozstrzygnięcia losów dotychczasowej tarczy nie poprzedzają konsultacje z partnerami środkowoeuropejskimi, o których ministra Radosława Sikorskiego zapewniał chociażby gen. James Jones jeszcze 1 września br.
w Gdańsku. Do tego dochodzi niefortunna data, której znaczenie Biały Dom (a jeśli nie Biały Dom, to Departament Stanu) musi rozumieć. Mało przekonujące wydają się przypuszczenia ministra Sikorskiego, że taki obrót spraw spowodowany był informacją o przecieku decyzji o tarczy do amerykańskiej prasy. W kwestii dla nas zasadniczej po stronie amerykańskiej zaszło coś, o czym strona amerykańska nie chce albo nie uważa za stosowne nas poinformować.
Rodzi to poważny problem dla Polski – jak zareagować, jeśli USA w przyszłości ponownie wyrażą wobec nas oczekiwanie na udział w strategicznym przedsięwzięciu w sferze militarnej? Taka propozycja już, zresztą, padła – w odniesieniu do zmodyfikowanego programu obrony przeciwrakietowej. Odrzucić propozycję strategicznego sojusznika w sytuacji, kiedy nie w pełni ufamy NATO i zupełnie nie ufamy Rosji? Czy przyjąć ofertę państwa, którego władze mają skłonność do pomyłek, radykalnych zmian oceny sytuacji i pośpiechu?
Stosunki Zachodu z Rosją po 17 września 2009 r.
Najgorszym scenariuszem z punktu widzenia Polski byłoby przyjęcie decyzji w sprawie tarczy przez Baracka Obamę jako koncesji na rzecz Rosji. Napływające od kilku tygodni sygnały pozornie uprawdopodobniają spekulacje, że Waszyngton wymienił tarczę na zgodę Kremla na sankcje wobec Iranu i ustępstwa w sprawie traktatu rozbrojeniowego post-START. Od końca sierpnia br. rosyjskie agencje prasowe donoszą
o zaawansowanych rozmowach zbrojeniowych między Rosją i Arabią Saudyjską – tradycyjnym rywalem Iranu w regionie Zatoki Perskiej. Z kolei 24 września br. podczas spotkania z Barackiem Obamą w Nowym Jorku prezydent Dmitrij Miedwiediew dopuścił zgodę Rosji na wprowadzenie sankcji wobec Iranu i pozytywnie ocenił postęp w negocjacjach nad nowym amerykańsko-rosyjskim traktatem rozbrojeniowym. Obowiązywanie START z 1991 r. upływa 5 grudnia br. Reakcja prezydenta Miedwiediewa na decyzję USA z 17 września br. pozwala przypuszczać, że – wbrew powszechnej do tej pory opinii – nowy traktat może zostać podpisany podczas wizyty rosyjskiego przywódcy w Waszyngtonie na początku grudnia br. w wersji proponowanej przez USA, a więc m.in. dopuszczającej składowanie zdemontowanych z nosicieli głowic nuklearnych w magazynach, zamiast ich likwidacji. Równocześnie traktat nie będzie uwzględniać rosyjskiego postulatu o ograniczeniu prawa do budowy defensywnych systemów strategicznych w Europie.
To wszystko nie oznacza jednak, że USA podejmowały decyzję w sprawie tarczy pod kątem Rosji. Przede wszystkim, należy wziąć pod uwagę fakt, że mobilny system obrony przeciwrakietowej (tzw. tarcza Obamy) będzie dla Rosji trudniejszy do neutralizacji i bardziej elastyczny, co ułatwi Stanom Zjednoczonym podejmowanie interwencji zbrojnych w różnych regionach świata. Natychmiast zwrócili na to uwagę rosyjscy generałowie i ambasador FR przy NATO, Dmitrij Rogozin. Wypowiedzi wysokich urzędników USA (np. Ellen Tauscher czy gen. Patricka O’Reilly’ego), którzy uznają nowy system za mniej niebezpieczny dla Rosji, traktować należy jako element dyplomacji w okresie intensywnych negocjacji strategicznych z Moskwą, a odbicie rzeczywistości. Stronie rosyjskiej z oczywistych względów zależy na przedstawieniu rozstrzygnięcia w sprawie tarczy jako ustępstwa USA wobec Rosji (stąd pozytywne reakcje prezydenta Miedwiediewa i ministra Ławrowa na wydarzenia z 17 wrzesnia br.). Moskwa usiłuje wykorzystać sytuację, by stworzyć wrażenie, że Waszyngton gorączkowo zabiega o jej pomoc w rozwiązywaniu globalnych problemów. Wyeliminowanie groźby irańskiego ataku rakietowego na Izrael zmniejszy jednak znaczenie Rosji dla USA jako pośrednika w rozmowach z Teheranem. Z kolei nowy traktat rozbrojeniowy wydaje się być bardziej pożądany przez Rosję niż przez USA. To rosyjski arsenał nuklearny ulega bowiem starzeniu się w wysokim tempie, wobec czego to Moskwa zainteresowana jest nakłonieniem Waszyngtonu do przyjęcia prawnie wiążących ograniczeń. Nie na odwrót.
Wreszcie, wyzwaniem dla bezpieczeństwa Rosji większym niż tzw. tarcza Busha w Europie Środkowej będą inicjatywy strony amerykańskiej na forum NATO w postaci urealnienia art. V Traktatu Waszyngtońskiego (w tym w odniesieniu do zagrożeń nowego typu, o których wspomniano powyżej), rozwoju planowania ewentualnościowego oraz intensyfikacji współpracy wojskowo-politycznej z Ukrainą, Gruzją i innymi państwami WNP. Należy się spodziewać, że kontrowersje wokół stanowiska obecnej administracji USA w sprawie tarczy antyrakietowej wzmocnią gotowość Waszyngtonu do podjęcia inicjatyw w wymienionych obszarach. Znaczenie art. V Barack Obama podkreślił już w swoim wystąpieniu w Pradze 5 kwietnia br. Wątek ten przewijał się następnie w oświadczeniach Sekretarz Stanu Hillary Clinton i w liście Baracka Obamy, przekazanym polskiemu rządowi przez gen. Jamesa Jonesa przy okazji międzynarodowych obchodów wybuchu II wojny światowej w Gdańsku. Polska w porozumieniu i współpracy z pozostałymi państwami regionu powinna wykorzystać gotowość USA do tego typu rekompensaty. Krótko mówiąc, istnieją powody, by decyzję Waszyngtonu z 17 września br. potraktować jako okazję, a nie problem.
Zawarcie traktatu o redukcji arsenałów nuklearnych przez USA i Rosję jako takiego należy oceniać pozytywnie. Może się on bowiem okazać istotnym elementem procesu obniżenia napięcia między dwoma mocarstwami po okresie rządów George’a W. Busha i Władimira Putina. Mimo obiecującego początku, kiedy Moskwa wsparła Stany Zjednoczone w walce z talibami w Afganistanie, lata 2000-2008 charakteryzowało narastanie kryzysu w stosunkach Zachodu z Rosją. Złożyły się nań m.in. druga wojna czeczeńska, wyjście USA w grudniu 2001 r. z układu ABM, ograniczającego możliwość budowy systemów przeciwrakietowych, międzynarodowa interwencja w Iraku bez sankcji ONZ, ingerencja Rosji w przebieg wyborów prezydenckich na Ukrainie, poparcie Stanów Zjednoczonych i państw Europy Środkowej dla euroatlantyckich aspiracji byłych republik ZSRR, w tym dla kolorowych rewolucji w Gruzji i na Ukrainie, plany Stanów Zjednoczonych rozmieszczenia w Europie Środkowej elementów tarczy antyrakietowej i amerykańska obecność wojskowa w Azji Środkowej, wycofanie się Rosji z Układu o konwencjonalnych siłach zbrojnych w Europie (CFE) w grudniu 2007 r., wznowienie patroli przez rosyjskie bombowce strategiczne wzdłuż granic NATO, uznanie niepodległości Kosowa przez część państw zachodnich na początku 2008 r., agresja przeciwko Gruzji w sierpniu tego samego roku, polityka energetyczna Rosji wobec UE i kilkukrotne zastosowanie przez Kreml szantażu energetycznego wobec państw sąsiednich. Rozwój sytuacji w latach 2000-2008 sprawił, że prawdopodobieństwo użycia przez Kreml siły militarnej czy ekonomicznej na obszarze poradzieckim stało się wysoce prawdopodobne. Wobec tego, że NATO nie jest w stanie, bądź nie chce, zapobiec takiej ewentualności, należy skupić się na rozładowaniu napięcia w relacjach Rosji z Zachodem.
Pozytywny skutek podpisania traktatu post-START przekreśliłoby jednak nieformalne uwiązanie doń desinteressment Zachodu (a właściwie Stanów Zjednoczonych, bo część Europy Zachodniej takie desinteressment już wyraziła) w sprawie poczynań Rosji na obszarze poradzieckim. Polska we współpracy z państwami Europy Środkowej powinna podjąć wysiłki, by poszanowanie dla suwerenności i integralności terytorialnej państw stały się elementem, a nie warunkiem poprawy stosunków na półkuli północnej. Pomocny będzie w tym szczery dialog z partnerami w Europie Wschodniej i na Kaukazie Południowym, gdzie rozwój wydarzeń nie sprzyja dyskusji o rozszerzeniu UE i NATO. Dialog ten powinien na stałe uzupełnić poparcie Polski dla rozszerzenia obu organizacji.
Propozycje Sekretarza Generalnego NATO
18 września br. SG NATO, Anders Fogh Rasmussen, wygłosił wystąpienie, poświęcone relacjom Sojuszu z Rosją. Wymowny jest już sam fakt, że ten temat Sekretarz wybrał na swoje pierwsze wystąpienie programowe. Wydawałoby się, że wizję przyszłości NATO należy budować od fundamentów, czyli od programu transformacji wewnętrznej Sojuszu, a nie od dachu – czyli od relacji z partnerami zewnętrznymi. Po drugie, A.F. Rasmussen skupił się na tym, co powinno zrobić NATO, by usunąć obawy Rosji o własne bezpieczeństwo. Obawy te są, zdaniem SG, źródłem agresywnych zachowań Moskwy. To jednak Rosja po agresji na Gruzję, odcięciu dostaw gazu przez terytorium Ukrainy czy przyjęciu przez Dumę ustawy o użyciu wojsk poza granicami FR powinien dołożyć starań, by przekonać nas, że nie stanowi wyzwania dla bezpieczeństwa europejskiego – a nie my Rosję.
Tymczasem rosyjska i białoruska armia co roku przeprowadzają manewry pod wschodnią granicą NATO – w 2009 r. z udziałem niespotykanej wcześniej liczby żołnierzy i ciężkiego sprzętu – a Bruksela zwleka z opracowaniem planu (PLANU) reakcji na interwencję zbrojną wobec jednego lub kilku państw Europy Środkowej, by nie pogarszać stosunków z Moskwą.
Postawa, przyjęta przez A.F. Rasmussena – w tym jego propozycje, by na forum Rady NATO-Rosja rozmawiać o tzw. inicjatywie Miedwiediewa, i włączyć Rosję do natowskiego systemu obrony przeciwrakietowej – każą sądzić, że w odpowiedzi na opisane powyżej działania Kremla Zachód gotów jest umożliwić Rosji zablokowanie każdej inicjatywy i decyzji, którą ta uzna za sprzeczną ze swoimi interesami. Ekspert londyńskiego Chatham House, Jurij Fiodorow, w swoim studium „Medvedev’s Initiative: A Trap for Europe” z lipca br. przekonująco dowiódł, że taki właśnie będzie efekt przyjęcia rosyjskich propozycji, dotyczących nowej architektury bezpieczeństwa europejskiego. Zachód nie kończy się jednak na Brukseli i nawet nie kończy się na Waszyngtonie. Polska powinna w jeszcze większym stopniu niż dotychczas uwzględniać zbieżność naszych interesów z interesami państw, które można zaliczyć do kategorii mocarstw. Na przykład, gdy mowa o stosunku do roli Rosji w bezpieczeństwie międzynarodowym czy do rozwoju demokracji na obszarze WNP, łączyć nas powinna ścisła współpraca z Japonią, Kanadą, Wielką Brytanią, Szwecją i Norwegią. W zakresie przyszłości programu obrony przeciwrakietowej naturalnymi rozmówcami Warszawy powinny być Tokio i Seul – elementy amerykańskiej tarczy już się tam znajdują (Japonia) lub mogą się znaleźć (Korea Południowa).
Wnioski
Na koniec warto zebrać w jednym miejscu rekomendacje, rozrzucone
w powyższej analizie:
1. Polska powinna kontynuować starania o poprawę relacji z sąsiadami – bez rezygnowania ze strategicznych interesów państwa i sojuszu z USA. Wyższą rangę powinna zyskać współpraca z państwami bałtyckimi i Grupy Wyszehradzkiej w sferze polityki zagranicznej i obronnej. Warszawa powinna jednak wyjść poza swój region i poza dotychczasowy kształt relacji transatlantyckich i wykorzystać w pełni potencjał współpracy z takimi partnerami, jak Kanada, Japonia, Wielka Brytania, Szwecja, Norwegia czy nawet Korea Południowa.
2. Polska musi równocześnie docenić związek między skutecznością polityki zagranicznej i potencjałem wewnętrznym, czyli wzajemnie dostosowywać ambicje międzynarodowe z rozwojem gospodarki i armii. W odniesieniu do tej ostatniej kluczowe znaczenie ma udział w misjach. Wycofanie się z Afganistanu skutkować będzie zahamowaniem procesu modernizacji polskich sił zbrojnych. Należy więc maksymalnie wykorzystać – kurczący się według wszelkiego prawdopodobieństwa – czas, pozostający do wyjścia USA z Afganistanu.
3. Skuteczną metodą poprawy światowej pozycji Polski będzie udowodnienie zdolności do wsparcia działań Zachodu na rzecz neutralizacji takich wyzwań, jak spowolnienie zmian klimatycznych, klęski głodu i migracje, islamski terroryzm, proliferacja broni masowego rażenia czy destabilizacja i załamanie procesu demokratyzacji na obszarze WNP.
4. Reagując na oferty USA w dziedzinie obronności, Polska powinna brać pod uwagę kwestię wiarygodności i doraźność polityki zagranicznej światowego supermocarstwa. Jednak nie możemy zrezygnować z zabiegów o strategiczny sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, który uzupełni gwarancje bezpieczeństwa, wynikające z członkostwa w NATO.
5. Polska w porozumieniu i współpracy z państwami Europy Środkowej powinna wykorzystać gotowość USA do zainicjowania na forum NATO zmian
w postaci urealnienia art. V Traktatu Waszyngtońskiego, rozwoju planowania ewentualnościowego oraz intensyfikacji współpracy wojskowo-politycznej
z Ukrainą, Gruzją i innymi państwami WNP.
6. W analogiczny sposób Polska powinna kontynuować wysiłki, by poszanowanie dla suwerenności i integralności terytorialnej państw WNP i Europy Środkowej stały się elementem, a nie warunkiem poprawy stosunków na półkuli północnej.
7. Poprawa relacji NATO-Rosja nie powinna odbywać się kosztem umożliwienia tej ostatniej blokowania każdej inicjatywy Zachodu, którą uzna za sprzeczną z własnymi interesami.
Autor jest analitykiem Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Artykuł wyraża jego osobiste poglądy.